Tym, co najbardziej przebiło się z ostatniego kongresu PiS (bo przecież nie było niusem to, że Jarosław Kaczyński został po raz 64 prezesem partii), była uchwała dotycząca nepotyzmu. Członkowie partii przyjęli dezyderat, który sprowadzał się do tego, że małżonkowie i dzieci polityków PiS nie będą zatrudniani w spółkach Skarbu Państwa. W uchwale znalazł się komiczny wyjątek mówiący o tym, że nie dotyczyć to będzie przypadków, gdy wspomniane osoby zostały zatrudnione ze względu na swoje kompetencje, nie zaś wyłącznie po znajomości. Co stanowiło de facto przyznaje się do tego, że większość z nich została zatrudnionych nie ze względu na kompetencje.

I to właśnie ten wyjątek najmocniej przebił się do opinii publicznej. Dlatego dzień później Jarosław Kaczyński musiał się bronić, że ten wyjątek będzie absolutnie wyjątkowy. Ale chyba nikogo nie przekonał, bo temat nepotyzmu zaczął się pojawiać jak refren w naszej debacie. By polepszyć swój wizerunek PiS postanowił mówić, że nawet przyjmie specjalną ustawę, która prawnie zakaże zatrudniania rodzin posłów w spółkach państwowych i samorządowych. Niektórzy nawet wykazali się taką brawurą, że przekonywali, iż PiS jest pierwszą partią, która złożyła taką obietnicę, a poprzednicy zatrudniali bliskich i z tym nic nie robili. Słowem PiS zaczął walczyć z nepotyzmem, który sam przez sześć lat ciężko w Polsce utrwalał i starał się to zmienić w swój wizerunkowy sukces, co było mission impossible.

Na dodatek oburzenie szeregowych posłów PiS wywołał fakt, że sekretarzem generalnym partii został Krzysztof Sobolewski, którego żona zasiadała w kilku radach nadzorczych, przez co państwo Sobolewscy stali się niejako symbolem zjawiska, z którym partia chciała walczyć. I mimo tego, że żona posła zrezygnowała, walka z nepotyzmem raczej utrwalała obraz chciwych posłów, niż wprowadzała sanację życia publicznego, o którym mówił Kaczyński na kongresie.

Wszystko jednak przebiła informacja, którą we czwartek podał „Newsweek”. Okazało się bowiem, że poseł Lech Kołakowski, został doradcą zarządu należącego do Skarbu Państwa banku BGK. Warto przypomnieć, że poseł Kołakowski odszedł kilka miesięcy temu z PiS, w proteście przeciwko polityce tej partii. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” opowiadał, że PiS stworzył układ, który myśli tylko o utrzymaniu władzy do 2023 roku i że zawiódł się na PiS. Powiedział też słowa, które warto mu dziś przypomnieć: „Jeszcze dziesięć, osiem lat temu, gdy byłem w Prawie i Sprawiedliwości, mówiliśmy o tłustych kotach z ówczesnej koalicji rządzącej. Niestety, dzisiaj ta sytuacja spotkała obóz Zjednoczonej Prawicy.” I dalej: „Zbyt wiele osób zatrudnionych w rządzie, administracji nie ma doświadczenia. Dla niektórych osób jest to pierwsza praca. A potrzeba fachowców, profesjonalistów, znawców konkretnych branż w resortach”.

Gdy z PiS jednak odeszło kilku kolejnych posłów, Lech Kołakowski odbył rozmowę z Jarosławem Kaczyńskim, po której zdecydował się wrócić. PiS dzięki niemu odzyskał większość, ale stracił już ostatecznie prawo do głoszenia moralnej wyższości. W nagrodę bowiem za powrót do PiS, Lech Kołakowski otrzymał stanowisko w BGK. Zrezygnował z uposażenia poselskiego na rzecz pensji w państwowym banku – na oko 20-30 tys złotych miesięcznie.

Tym samym wszystkie wysiłki podejmowane w celu przekonania, że do władzy nie idzie się po korzyści, poszły jak krew w piach. Jak na ironię, na przełomie maja i czerwca, PiS podpisał porozumienie programowe z Pawłem Kukizem. Warunkiem współpracy było poparcie przez PiS ustawy antysitwowej. W jednym z punktów projekt przewiduje... zakaz zatrudniania posłów w podmiotach należących do Skarbu Państwa. Na szczęście dla posła Kołakowskiego, przepisy jeszcze nie weszły w życie.