[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/janke/2010/02/19/partyjne-holdingi/]Skomentuj na blogu[/link][/b][/wyimek]

Poświęcają coraz więcej środków na badanie grupy docelowej, jej potrzeb, marzeń i kaprysów. Zatrudniają coraz lepszych specjalistów od wizerunku, którzy przygotowują coraz lepszy makijaż i pomagają napisać coraz bardziej błyskotliwe przemówienia. Partyjne kongresy nie przypominają już siermiężnych wieców ludowych. Tryskają kolorami i najnowocześniejszą technologią.

Zatrudniani są coraz lepsi fachowcy w zakresie reklamy. Doradcy ds. strategii marketingowej i public relations wykonujący zlecenia dla partii politycznych w niczym nie ustępują agencjom pracującym dla najpotężniejszych firm na rynku.

To wszystko bardzo dużo kosztuje. Tak dużo, że musimy finansować partie wszyscy – z kasy państwa, za pomocą subwencji i dotacji. A i to nie wszystko. Jak to bywa w biznesie, partie dywersyfikują źródła przychodów. Zbierają także haracz od swoich działaczy. A kto opłaca działaczy? Też my – płacąc im pensje poselskie, burmistrzowskie, diety radnych czy europosłów (bo przecież Polska wpłaca składki do kasy europejskiej).

I biznes się kręci. Działalność politycznych maszyn staje się celem samym w sobie. Ich tryby kręcą się coraz sprawniej, powstają nowe klipy wyborcze czy billboardy. Partyjni macherzy zapomnieli tylko o jednym – żeby klientowi dostarczyć wartościowy produkt.

Polityczni dyrektorzy ds. strategii i marketingu wierzą ciągle, że tak może być już zawsze. Ale może przyjść dzień, kiedy klienci się zorientują, że w atrakcyjnie opakowanym pudełku nie ma nic, i stracą cierpliwość. Wtedy poszukają innych producentów. Niekoniecznie lepszych, ale na pewno nie tych samych.