W roku 1956 podczas otwarcia zimowych igrzysk w Cortina d'Ampezzo ówczesny prezydent Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego (MKOl) Amerykanin Avery Brundage potknął się o telewizyjny kabel i ze złością powiedział: „Nigdy więcej telewizji, dawaliśmy sobie przez 60 lat radę bez niej i dalej tak będzie".

Trudno o bardziej nietrafioną prognozę, ale nawet my, wychowani w czasach najpierw telewizyjnego, a dziś telewizyjno-internetowego dyktatu, chyba nie przypuszczaliśmy, że doczekamy igrzysk takich jak te w Tokio – bez publiczności, tylko dla telewizji. Choć zdajemy sobie sprawę, że marzenia ojców założycieli olimpizmu o uniwersalnym i bezinteresownym święcie sportu i młodzieży nie pasują do współczesności, że sami przyłożyliśmy rękę do ich pogrzebania, domagając się wciąż nowych rekordów, to wizja pustego olimpijskiego stadionu nawet nas smuci.

To mogą być emocjonalnie trudne igrzyska dla nas i przede wszystkim dla sportowców nieznających koronawirusowego dnia ani godziny. Głównie z myślą o nich trzeba się cieszyć, że Tokio zgodziło się przyjąć olimpijskich gości. Zrozumie to każdy, kto miał okazję porozmawiać z polskimi sportowcami, którym polityka odebrała igrzyska roku 1984 w Los Angeles. Na zawsze pozostała w nich ta trauma.

Warto pamiętać, że dziś dużo bardziej niż wówczas, gdy baron de Coubertin pisał swe zapomniane księgi, sportowiec sportowcowi nie jest równy. Piłkarze, tenisiści, golfiści, koszykarze NBA mają swój świat, ich sportowa i rynkowa wartość ustalana jest gdzie indziej, medal olimpijski nie zmienia ich życia, jest tylko dodatkową satysfakcją – dla jednych ważniejszą, dla innych mniej ważną.

Olimpijczyk – to wciąż brzmi dumnie głównie dla tych, o których przez cztery lata jest cicho, którzy w warunkach rynkowej gry zostali zepchnięci na boczny tor i wracają na pierwszy plan jedynie wówczas, gdy zdobędą olimpijski medal. Tylko na igrzyskach złoto tenisisty-miliardera Novaka Djokovicia liczy się tak samo jak medal strzelca do sylwetki biegnącego dzika. Ta równość trwa przez krótką olimpijską chwilę, dlatego tak bardzo trzeba strzec igrzysk i nie iść pod rękę z tymi, którzy nawołują do ich bojkotu czy odwołania, nawet pod pandemicznym pretekstem.

Musimy mieć nadzieję, że z Tokio nie nadejdą żadne pozasportowe wieści, że igrzyska nie pogłębią pandemii, bo gdyby tak się stało, byłby to cios, po którym dużo trudniej byłoby uwierzyć, że jeszcze może być tak, jak kiedyś było, że podamy nieznajomemu rękę bez obaw, że zasiądziemy na meczu czy koncercie bez strachu.

Igrzyska w Tokio mogły być takie, jak zaproponowali nam Japończycy i MKOl, albo mogło nie być ich wcale. Rozumiejąc to, radujmy się jak dawniej, gdy olimpijska reprezentacja Polski wejdzie na stadion, nawet pusty.

Niech płonie znicz, niech gra telewizor, dajmy się przekonać, że dawny świat potrwa przynajmniej dwa tygodnie.