Ale i przeszła gehennę przymusowej pracy w fabryce maszyn, głód i nędzę, wreszcie prześladowania bezpieki.

– Nie jestem prawdziwą Niemką, ale nie jestem też prawdziwą Rumunką – mówi o sobie noblistka.

Grunt, że Królewska Akademia nagrodziła dobrą pisarkę, autorkę tak ważnych książek jak "Niziny", która swoim życiem zaświadcza ponurą rzeczywistość tworzonej przez siebie literatury.

Zabiera też głos w sprawach publicznych, w połowie lat 90. – na przykład – ostro sprzeciwiała się połączeniu pen clubów wschodnio- i zachodnioniemieckiego, bowiem wielu pisarzy w NRD współpracowało ze Stasi i – jej zdaniem – nie rozliczyło się z tego. Ale przebojem czytelniczym jest jej ostatnia książka, która już za kilka dni może zostać uhonorowana Niemiecką Nagrodą Literacką. W każdym razie "Atemschaukel" – bo o ten tytuł chodzi – jest główną faworytką do tych laurów.

To książka o deportacjach mniejszości niemieckiej. W styczniu 1945 roku Sowieci wywieźli do odbudowy swego kraju niemal wszystkich Niemców rumuńskich, wśród nich do łagru trafił 17-letni wtedy Oskar Pastior, późniejszy pisarz, mający zostać współautorem "Atemschaukel". Niestety, zmarł w 2006 roku.

Najnowsza książka Herty Müller, będąca hołdem dla Pastiora, ukazuje – mówiąc wprost – męczeństwo rumuńskich Niemców na Wschodzie.

I wpisuje się tym samym w główny nurt niemieckiej traumy wojennej – wypędzeń. Z tegorocznego literackiego Nobla dla Herty Müller cieszyć się więc będą nie tylko antykomuniści i ofiary komunistycznych prześladowań, nie tylko feministki, ale i – jak sądzę – działacze niemieckiego Związku Wypędzonych.

Nobel ze stemplem Eriki Steinbach?

Podoba mi się znacznie mniej.