Ale przy bliższej analizie propozycja pani premier tak rewolucyjna już nie jest. A nawet wygląda nieco komicznie. Po pierwsze - i bez jej inicjatywy deputowani głosowali nad ponownym referendum. Nie potrzebują więc w tej sprawie inicjatywy rządu. I to tym bardziej, że w Izbie Gmin póki co nie ma większości za takim rozwiązaniem, a więc jest to tylko teoretyczne założenie.
Po wtóre: sam pomysł May jest wewnętrznie sprzeczny. Po co bowiem zachęcać parlament do ratyfikacji rozwodowej, skoro naród (tak wskazują póki co sondaże), miałby potem tą decyzję odwrócić?