A jeszcze lepiej – jak jedna z publicznych stacji radiowych – od razu zadeklarować, że ma się dosyć nie tylko tego zabiegania, dań, prezentów, ale i kolęd, które osłuchały się w supermarketach. Ale we mnie – i nic na to nie poradzę, a nawet poradzić nie chcę – wciąż pozostało sporo z dziecka (jakżeby inaczej, jeśli w domu obcuję głównie z dziećmi, które przypominają mi, że dorosłe problemy wcale nie są tak bardzo poważne) i pewnie dlatego uwielbiam Boże Narodzenie.

I to nie tylko dlatego, że jestem chrześcijaninem, a święto to przypomina niezwykle mocno, iż Bóg, stając się człowiekiem, przyjął na siebie nasz los i naszą cielesność i stał się tak bezbronny i bezsilny, że aż zabrakło dla niego miejsca w gospodzie. Ten wymiar z pewnością jest najważniejszy i to on sprawia, że wciąż na nowo staram się zgłębić teologię Bożego Narodzenia, czytając z dziećmi Pismo Święte czy przygotowując szopkę. Ale Boże Narodzenie to nie tylko teologia, ale przede wszystkim niesamowity czas.

Kupowanie i strojenie choinki, szukanie prezentów, wspólne pisanie listów do św. Mikołaja, chowanie ich tak, żeby dzieciaki przypadkiem ich nie znalazły, pieczenie pierniczków na choinkę i wspólne czytanie „Opowieści wigilijnej" – to wszystko jest po prostu fantastyczne, daje poczucie sensu, wspólnoty i zwykłego ludzkiego funu. Jest czymś niesamowitym, gdy mogę z dziećmi dekorować ciasta lub gdy najmłodszy niewprawnymi ruchami rąk próbuje wrzucać warzywa do sałatki. I gdy dzieci, widząc choinkę na balkonie, co chwila przybiegają, by zadać pytanie: tato, kiedy ją ubierzemy?

I wcale nie przeszkadza mi, a nawet sprawia radość, że „Xmas time" (nie mylić z Bożym Narodzeniem) zaczyna się krótko po Wszystkich Świętych. Kolorowe światełka i xmasowe hity w supermarketach, choć mogą irytować, mnie akurat przypominają, że mam się solidnie przygotować do świąt, i wywołują dziwną słodycz w sercu, wspomnienie dzieciństwa.

A gdy podkładam prezenty pod drzwi, dzwonię, a potem uciekam, żeby dzieci znalazły tylko prezenty i uwierzyły w moją opowieść o tym, że św. Mikołaj się spieszył, ale rozmawiałem z nim, to wtedy wraca do mnie mój własny dom, gdzie było tak samo. I dlatego właśnie nie zamieniłbym tych rodzinnych świąt, połączonych z pasterką, na żaden najwspanialszy nawet wyjazd. Boże Narodzenie to bowiem także święty czas powrotu do korzeni.

Autor jest filozofem, redaktorem portalu Fronda.pl