Wymusił na Angeli Merkel i Francois Hollandzie taką zmianę ukraińskiej konstytucji, która de facto zatrzyma integrację Ukrainy z Zachodem. Teraz do defensywy chce zepchnąć także Baracka Obamę.

Europejczyków wystarczyło postraszyć otwartym konfliktem na naszym kontynencie. Amerykanie są jednak daleko. Dlatego wobec nich Putin musi użyć innego narzędzia: groźby rozgrywki o charakterze globalnym.

Kreml rzucił właśnie Waszyngtonowi pierwsze wyzwanie w sprawie Iranu: jeśli Teheran rzeczywiście otrzyma rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej, będzie mógł zająć znacznie twardsze stanowisko w negocjacjach dotyczących zatrzymania programu atomowego, bo w razie czego zdoła się lepiej obronić przed nalotami amerykańskiego i izraelskiego lotnictwa.

Ale takich czułych punktów Ameryka ma na świecie więcej. Bez współpracy z Rosją Obamie trudniej będzie przywrócić pokój w Syrii i Afganistanie, utrzymać pod kontrolą reżim w Korei Północnej, wygrać rywalizację z Chinami.

Już bez tego amerykańska administracja nie chce ponieść nadmiernych kosztów obrony Ukrainy. Świadczy o tym przedłużająca się debata na temat dostarczenia broni władzom w Kijowie czy wciąż bardzo ograniczona pomoc Zachodu dla ukraińskiej gospodarki. Teraz jednak, kiedy Putin łączy rozwiązanie kryzysu na Ukrainie z innymi zapalnymi miejscami na świecie, pokusa pójścia na ustępstwa wobec Moskwy będzie jeszcze większa.

To jednak pułapka. Rosja jest dziesięciokrotnie mniejszą potęgą gospodarczą niż Ameryka, podobne są proporcje w wydatkach na zbrojenia. Jeśli Obama zgodzi się na warunki Kremla, sprowadzi Stany Zjednoczone do ligi, w której nie powinny grać. Takiego upokorzenia amerykańscy wyborcy raczej łatwo nie przełkną. I być może za dwa lata wyrzucą demokratów z Białego Domu, tak jak z podobnego powodu zrobili to z Jimmym Carterem w 1980 roku.