Mało jest przypadków rozliczania dyktatur, zbrodniczych systemów, gorliwych oprawców i ideologów. Jeżeli już do nich dochodzi, to w niewielkim zakresie, symbolicznie. Gdy dyktatura pada, dominuje przekonanie, że trzeba nadrobić stracony czas, rzucić wszystkie siły do budowy nowego systemu, a doświadczenie mają głównie ci, co byli po stronie starego. Inni walczyli, biedowali, nie mieli szans rozwoju albo siedzieli w więzieniu.
Nigdzie raczej nie udała się dekomunizacja, denazyfikacja dotknęła nielicznej grupy nazistów. Krwawą wojną na sporej części Bliskiego Wschodu i terroryzmem także poza nim skończyło się narzucone Irakowi rozliczenie z epoką Saddama Husajna. Dyktatorzy oraz służący im generałowie, dyrektorzy, sekretarze, propagandyści, prokuratorzy, sędziowie, specjaliści od tortur i uprowadzeń, wszyscy oni wiedzą, że rozliczenie to rzadkość. Znają historię, znają świat, znają życie. Zakładają, że prawdopodobieństwo, iż to ich właśnie dopadnie kiedyś sprawiedliwość, jest tak małe, że nie warto sobie nim zaprzątać głowy. I przekraczają kolejne granice zbrodniczej działalności. Pewnie bardziej boją się losu Muammara Kaddafiego, zabitego przez rozzuchwalonych buntowników, niż Slobodana Miloševicia, doprowadzonego przed oblicze międzynarodowego trybunału, gdzie mógł skorzystać z usług adwokatów i miał czas przemyśleć w celi własne czyny.