– Jesteśmy gospodarką coraz bardziej otwartą, więc zawirowania w innych krajach, szczególnie europejskich, będą miały znaczenie dla naszych firm – mówi prof. Leszek Pawłowicz z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

W 2009 r. w utrzymaniu polskiego PKB na plusie pomógł eksport, głównie do strefy euro. Firmom pomagał słaby złoty. W tym roku Europa zaczęła wychodzić z kryzysu, co było dobrym sygnałem dla naszych firm. PKB strefy euro w I kwartale był o 0,5 proc. wyższy niż przed rokiem. Jednak załamanie greckich finansów i ryzyko bankructwa takich krajów, jak Hiszpania czy Portugalia, wymusiły na rządach państw strefy euro gwałtowne cięcie wydatków publicznych. Niektórzy ekonomiści przewidują, że do powrotu równowagi w ich finansach mogą nie wystarczyć dokonane już korekty i stanie się konieczne podnoszenie podatków. A to oznaczałoby ograniczenie popytu i tym samym spadek zamówień dla naszych eksporterów.

Część firm, choć nie obawia się ograniczenia kontraktów w ciągu kilku miesięcy, bo ma umowy długoterminowe, nie lekceważy tego, co się dzieje w strefie euro. – Zapowiadane oszczędności mogą mieć wpływ na zmniejszenie popytu na nasze wyroby. Konsumenci będą zapewne szukać tańszych produktów lub nawet czasowo znacznie ograniczać wydatki – uważa Magdalena Karbowska, specjalista ds. eksportu w dolnośląskiej firmie Doti Manufaktura Draży Czekoladowych.

Według danych GUS w I kwartale polski eksport w cenach bieżących wyniósł 106,3 mld zł, z czego 59,5 mld zł były warte towary, które trafiły do strefy euro. To o 0,6 proc. mniej niż w 2009 r., ale gdyby policzyć w euro, byłoby to o 9,1 proc. więcej. Jednocześnie udział eurolandu w naszym eksporcie spadł w I kw. w ujęciu rocznym z 58,3 do 56 proc. O 1,8 pkt proc. – do 79,2 proc. – zmniejszył się też udział całej Unii jako odbiorcy naszych towarów.

Także Andrzej Kowalski, współwłaściciel firmy spożywczej Sante, przyznaje, że na rynkach unijnych czuć już zmiany. – Ale na razie jest to raczej stabilizacja zamówień, a nie gwałtowne ich obniżanie – przyznaje. Sytuacją nie martwi się Konrad Pazgan, wiceprezes Konspolu, dużej firmy drobiarskiej. – Zawsze, gdy ludzie mają w kieszeniach mniej pieniędzy, sięgają po tańsze produkty – przekonuje. – Cena staje się coraz bardziej znacząca dla klientów choćby w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii.

Ale to, co pomagało naszym firmom w 2009 r., teraz działa na korzyść tych ze strefy euro. Korzystają one z osłabienia euro w stosunku do dolara. Jeszcze na początku stycznia za 1 dolara można było dostać 69 eurocentów, a w piątek już 82 eurocenty. Dzięki osłabieniu euro na ożywienie turystyki liczą Hiszpanie, Portugalczycy, a nawet Grecy. Rosnące wpływy z eksportu notują Niemcy. Przedsiębiorcy z eurolandu, zwłaszcza ci, którzy produkują wyroby o wysokiej wartości dodanej, wręcz się modlą, żeby wspólna waluta nie zaczęła się szybko umacniać.

Część ekonomistów ocenia, że obecny kryzys gospodarczy w krajach eurolandu będzie kopią tego, co przeżyli Azjaci w latach 1997 – 1998. Azja wyszła z kryzysu znacznie bardziej konkurencyjna, wzrosła tam wydajność, a finanse publiczne przestały być problemem.