Przez wiele lat wkładał pan wiele wysiłku w to, żeby rozśmieszać ludzi na scenie kabaretowej i na ekranie, a okazało się, że najwięcej śmiechu wzbudziło zdanie, które powiedział pan zupełnie na poważnie.
Kabareciarzem nie czuję się od dawna. Przynajmniej od siedmiu, ośmiu lat moja droga zawodowa zmierza w stronę rzeczy poważniejszych, mimo że wciąż lubię rozśmieszać, dawać ludziom trochę radości, nawet niechcący, tak jak w przypadku Cedyni. Dziwnie się z tym czuję, sam badam swoje reakcje. Na razie z dużym niedowierzaniem traktuję to, co się wokół dzieje. Co do Cedyni to przede wszystkim czuję się zawstydzony swoją wpadką. Nie ma dla niej usprawiedliwienia. Chciałbym jedynie, żebyście panowie sobie wyobrazili, że od dwóch miesięcy nic innego nie robię, tylko udzielam wywiadów. Ponieważ w ciągu ostatniego miesiąca weszły na ekrany dwa filmy z moim udziałem – „Pokłosie" i „Obława" – zostałem w pewnym sensie porwany przez mechanizm promocji ekranizacji, co jest procesem żmudnym i nudnym. Zdarzyło się, że w dwóch z tych wielu wywiadów miałem tę koszmarną wpadkę z Cedynią. Stałem się obiektem zasłużonych żartów. Jest mi wstyd. Tyle mogę powiedzieć. Dla równowagi: z reszty wywiadów byłem w miarę zadowolony.