Film Magnusa von Horna jest luźno oparty na autentycznej historii, jaka wydarzyła się w Danii na początku XX wieku. Wśród opisów filmu przewija się słowo „horror”. Ale tak naprawdę znacznie bliżej jest „Dziewczynie…” do mocnego, nakręconego bez znieczulenia dramatu społecznego. To opowieść o świecie, w którym nie ma równości, a kobieta w trudnej sytuacji życiowej pozbawiona jakiejkolwiek pomocy. Ale też o niosącej zniszczenie wojnie, o ludziach, którzy wracają z niej okaleczeni i ze stresem pourazowym. O osobach „niechcianych”, nie radzących sobie z otaczającą ich rzeczywistością i własnym życiem. O uniwersalnych dylematach moralnych i o wartościach, które coraz bardziej się rozmywają, a przecież powinny być podstawą naszego życia.
Surowość „Dziewczyny z igłą” podkreślają znakomite zdjęcia Michała Dymka i sposób realizacji tego filmu. Twórcy świadomie nie ubierają aktorów w bardzo charakterystyczne kostiumy z epoki, a na ekranie odtwarzają nie tyle wygląd, co atmosferę Kopenhagi, którą grają zresztą plenery Łodzi, Wrocławia i Dolnego Śląska. Bo liczy się tu przede wszystkim opowieść o dzisiejszym świecie, o społecznych traumach, o granicach dobra i zła. Jej surowość podkreślają tu jeszcze znakomite, czarno-białe zdjęcia. Świetne kreacje tworzą duńskie aktorki - Vic Carmen Sonne i Trine Dyrholm. Dla mnie „Dziewczyna z igłą” jest jednym z najbardziej poruszających, a jednocześnie spełnionych artystycznie filmów ostatniego roku.
Kompletnie nieznany
Reż.: James Mangold
Wyk.: Timothee Chalamet, Boyd Holbrook, Elle Fanning
Już niemal 20 lat mija od czasu, gdy na ekrany wszedł film Todda Haynesa „I’m Not There. Nie tutaj jestem” – ciekawy, eksperymentalny film o Bobie Dylanie bez Boba Dylana. Haynes mierzył się w tym filmie z legendą. W postać Dylana wcielała się szóstka aktorów – Cate Blanchett, Christian Bale, Heath Ledger, Richard Gere, Ben Whishaw i Marcus Carl Franklin. Powstała impresja na temat niezwykłego twórcy, który stał się legendą pokolenia i wielkim buntownikiem protestującym m.in. przeciwko wojnie w Wietnamie. Ale przecież dla widza Dylan pozostał artystą i człowiekiem nieodgadnionym. Mangold nie udaje, że jest w stanie namalować portret artysty, co zresztą zaznacza już w tytule. I wcale tego nie chce.