Po premierze filmu na festiwalu w Wenecji niektórzy krytycy pisali: „komedia romantyczna według Audiarda”.

Komedia romantyczna? Nie myślałem o czymś takim. Ale na pewno chciałem powiedzieć coś o miłości. Czułem taką potrzebę. Francois Truffaut mawiał, że film często jest przeciwieństwem poprzedniego dzieła reżysera. Mamy w sobie potrzebę zmiany, świeżego spojrzenia na świat. W moich „Braciach Sisters” byli twardzi mężczyźni, przemoc, konie, więc zatęskniłem za czymś łagodniejszym – za kobietami, milszym otoczeniem, bardziej wyrafinowanymi uczuciami.

Okazało się, że wcale nie jest tak łagodnie. Jak się pan, dojrzały mężczyzna z dużym doświadczeniem, czuł na planie wśród milenialsów?

Jest pani łaskawa z tym dojrzałym mężczyzną. Nie wiem, kiedy to się stało, ale dziś muszę się zmierzyć z siedemdziesiątką. I z innym światem. „Paryż, 13. dzielnicę” zrobiłem po to głównie, żeby zobaczyć i zrozumieć, czym młodość generacji z ery internetowych komunikatorów różni się od tej, jaką przeżyliśmy my.

Co pan odkrył?

W filmie Erica Rohmera „Moja noc u Maud” młodzi ludzie spędzali ze sobą noce gadając, a jednak atmosfera była pełna erotyzmu. Dzisiaj wszystko się odwróciło. Młodzi spotykają się, od razu uprawiają seks, potem czasem rozmawiają, a erotyzmu w tym wszystkim nie ma. Kiedy więc przydarza się im miłość? Miałem wrażenie, że poprzednie generacje nigdy nie żyły tak, jak bohaterowie „Paryża, 13. dzielnicy”.

„Paryż...” oparty jest na opowieściach graficznych Adriana Tomine’a. Dlaczego sięgnął pan po twórczość tego artysty?

To był przypadek. Zastanawiałem się, co robić, gdy znajomy poradził, żebym zwrócił uwagę na Tomine’a. Nigdy przedtem o nim nie słyszałem, ale przeczytałem kilka jego komiksów i zachwyciłem się. Nie było tam uproszczeń, bohaterowie mieli skomplikowane charaktery, Tomine zostawiał sporo niedopowiedzeń. Zafascynował mnie. A potem jeszcze zdziwiłem się, bo kiedy mówiłem, że sięgnąłem po jego opowieści, wszyscy doskonale znali jego nazwisko. Okazało się, że to tylko ja byłem ignorantem w tej kwestii.

Nowojorskie historie Tomine’a przeniósł pan do Francji. Akcja filmu toczy się w Paryżu, ale filmuje pan miasto inne niż to, jakie zwykle mamy przed oczami, gdy myślimy o francuskiej stolicy.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

13. dzielnica jest specyficzna. Bardzo nowoczesna. To część metropolii, która przeszła metamorfozę na początku lat 70., potem stanęły w niej wysokie, stumetrowe wieżowce, noszące nazwy miast, w których odbyła się olimpiada. Dlatego mówi się też o niej Les Olympiades. Niektórzy uważają, że to nie jest Paryż. Dla mnie jest – mieszkałem tuż obok ponad dekadę, patrzyłem, jak to miasto rośnie i się zmienia. Nie miałem wątpliwości, że tam właśnie powinna się toczyć akcja filmu, który nawiązuje do opowieści graficznych Tomine’a. W świecie nowoczesnym, przypominającym chwilami metropolie azjatyckie. Ważne było dla mnie i to, że bliskość kampusu Sorbony, szkół wyższych czy Biblioteki Narodowej imienia Francois Mitterranda przyciągnęły tam wielu studentów i intelektualistów.

W filmie portretuje pan emigrantów. To zmienia perspektywę patrzenia na współczesność?

To nie są emigranci. O nich zrobiłem film „Dheepan”. Bohaterowie „Paryża, 13. dzielnicy” to już Francuzi, tutaj urodzeni i wychowani. Są drugim, a nawet trzecim pokoleniem imigrantów. Rodzice głównej bohaterki przyjechali do Europy po tragedii Tiananmen. Ona nie jest „gorsza”, a 13 Dzielnica nie jest „zła”. Kiedyś było tak, że na obrzeżach miasta mieszkali czarnoskórzy i biedni, a w środku miasta biali inteligenci. Dzisiaj się to zmienia: wciąż egzystują dzielnice nędzy, ale generalnie ludzie są znacznie bardziej wymieszani. I moi bohaterowie są mocno zakorzenieni we francuskim społeczeństwie.

Mat. Pras.

Dlaczego poprosił pan o napisanie razem z panem scenariusza Celine Sciammę?

Bo to świetna reżyserka i scenarzystka. Młodsza ode mnie o 30 lat, lepiej rozumiejąca tych młodych ludzi. Współpracowała też z nami bardzo ciekawa artystka trzydziestoletnia Lea Mysius. One obie doskonale czują dialogi. Nowoczesność wnosi też na ekran elektroniczna muzyka Rone’a.

Poszedł pan również za ostatnią modą na czarno-białe zdjęcia.

Moi aktorzy grali bez maseczek, wyglądało więc wszystko jak w filmie historycznym. To pozwoliłem sobie na czerń i biel, jak bywało kiedyś. Ale żarty na bok. Mieliśmy wrażenie, że czarno-biały obraz jest bardziej graficzny, bardziej przypomina komiksy, które kiedyś często tak właśnie były rysowane. Poza tym taki obraz pozwala mocniej skupić uwagę na bohaterach. Chciałem, żeby oni byli na pierwszym planie, najważniejsi. Żeby widza nie rozpraszały szczegóły: choćby sprzęty, które znajdują się w tle. I na koniec rzecz teoretycznie prozaiczna: w filmie znalazło się sporo mocnych scen seksu. Wydawało mi się, że łatwiej będzie nam pokazać je w ten sposób, jakby mniej dosłowny.

Nie mogę pana nie zapytać o to, jak kręcił pan ten film w czasie pandemii i poważnych lockdownów.

To było niezwykłe doświadczenie. Maseczki, testy na okrągło. I niesamowity dzień, gdy kręciliśmy scenę przyjęcia, w której brała udział setka statystów. Ludzie byli testowani wiele razy. A kiedy wreszcie znaleźli się na planie, puściły im hamulce. Nie wychodzili przedtem z domów przez trzy miesiące. Skończyliśmy zdjęcia, a oni nadal chcieli się bawić. Tak bardzo potrzebujemy wolności.

I miłości? Powiedział pan w jednym z wywiadów, że tylko miłość może ludzkość uratować.

Ja tak powiedziałem? Za bardzo się odsłoniłem. Ale nie wycofuję się.

8

Jacques Audiard (1952) , francuski reżyser, scenarzysta („W rytmie serce", „Prorok”, „Bracia Sisters”). Dziesięciokrotny laureat Cezara, zdobywca Złotej Palmy i Grand Prix na MFF w Cannes, dwukrotny zwycięzca nagrody BAFTA za film nieanglojęzyczny