Sporo było ostatnio wskrzeszeń. A skoro do mody wróciły dzwony i ogrodniczki, to dlaczego nie filmy, do których, wydawało się, że nie należy wracać. Tylko czy pokolenie Z będzie w stanie docenić oryginalność „Matrixa", gdy wprowadzone w nim innowacje dziś są już standardem?

Sequele, rebooty, knoty

Żyjemy w złotym wieku sequeli i studia produkcyjne sięgają po wszystko, co można przerobić na scenariusz. Rynek filmów oraz seriali jest tak głodny fabuł, że zmonetyzuje każdy komiks, książkę i rozpisze kontynuację albo reboot (nowy początek) starej serii. Wszystko, co ma potencjał w postaci wielbicieli, legendy czy marki.

Jednak powroty tej klasy co „Blade Runner 2049" i „Diuna" Denisa Villeneuva są rzadkością. W większości wychodzą knoty, które kiedyś wyemitowano by w trzeciorzędnych stacjach telewizyjnych, ale dziś za sprawą VOD można je sprzedać jako produkt premium.

Dlatego kwestią czasu było, kiedy Warner Bros sięgnie po swój hit nakręcony przez rodzeństwo Wachowski, wtedy braci, dziś po zmianie płci – siostry. Powrót nastąpiłby z nimi albo bez nich, bo logika sequelu jest bezwzględna, a Warner ma do wykarmienia nie tylko publikę kinową, ale też widzów platformy HBO Max. Dlatego „Matrix: Zmartwychwstania" w USA wchodzi równocześnie do kin i na VOD. U nas w tej pierwszej opcji.

Z „Matrixem" (1999) problem był taki, że już druga i trzecia część (obydwie z 2003 r.) rozczarowywały. Większość widzów i krytyków (pomijam fanatyków serii) uznała, że w pamięci warto pozostawić tylko pierwszy film. Bo o ile „Matrix: Reaktywacja" i „Rewolucje" zarobiły górę forsy, o tyle tylko pierwsza zmieniła popkulturę.

Na pytanie, jaki jest nowy „Matrix", można odpowiedzieć cytatem z oryginału: „Niewiedza jest błogosławieństwem"

A przecież poszczególne elementy tej opowieści nie stanowiły wyłomu w twórczości science fiction. Lęk przed sztuczną inteligencją to jeden ze starszych motywów tego gatunku. Z kolei estetycznie „Matrix" był skrzyżowaniem zimnego, kosmicznego SF à la „Obcy" z kryminałem noir skąpanym w deszczu i zgniłych zieleniach. W scenach akcji czerpał natomiast z Azji – od kina kung-fu po „bullet dance" z filmów Johna Woo. Wszystko to podlane sosem filozoficznym – jaskinią Platona i teorią symulakrum Jeana Baudrillarda – przyniosło olśniewające efekty. I chociaż Keanu Reeves jest słabym aktorem dramatycznym, to całość była tak znakomicie opakowana (rewelacyjny montaż, finezyjne pomysły operatorskie), że ludzie chodzili po kilka razy do kina zobaczyć filmowe cudo, a potem katowali je na VHS-ach i DVD.

Legenda pozostała, choć świat się zmienił. W 1999 r. baliśmy się bańki milenijnej. Teraz na tapecie mamy inne „bańki". A sztuczna inteligencja okazała się nie taka straszna jak z wizji Stanleya Kubricka, Philipa K. Dicka czy właśnie Wachowskich. Oswoiliśmy się z algorytmami, „ciasteczkami", mediami społecznościowymi i cyfrową asystentką Siri. Dlatego powrót do „Matrixa" wymagał jego gruntownej przebudowy.

Autopromocja
SZKOLENIE

Pozyskiwanie sponsorów przez instytucje nauki, kultury i sportu

WEŹ UDZIAŁ

Prac nad „Zmartwychwstaniami" podjęła się Lana Wachowski. Lilly odmówiła. „Powtarzanie starych motywów jest nieciekawe" – stwierdziła. Fakt, co tu jeszcze dodać? Postanowiono uciec do przodu i stworzyć metanarrację.

57-letni Keanu Reeves wciela się oczywiście w Thomasa Andersona, który jest twórcą gier komputerowych, autorem przeboju o tytule – jakże inaczej – „Matrix". Żyje w cieniu dawnego sukcesu, który go przytłacza. Chodzi więc na terapię i zażywa kojące ból niebieskie pigułki. Dręczy go schizofreniczne poczucie, że to, co sfabularyzował w grze, zdarzyło mu się naprawdę: spotkanie z Morfeuszem, miłość do Trinity, ratowanie świata i walka z maszynami. Sytuacja się pogarsza, gdy szef koncernu, dla którego Thomas pracuje, zażąda zrealizowania kolejnej części „Matrixa". Wtedy okaże się, że fantazje tłumione niebieskimi pigułkami wcale fikcją nie były.

Niebieska pigułka

Prawda, że mogło być inspirująco? Stematyzowanie mierzenia się z własną legendą to pomysł nienowy, ale częstokroć skuteczny. Udało się to w ostatnim „Spider-Manie", a wcześniej w „Loganie" (2017). W „Zmartwychwstaniach" wyszło spektakularnie źle.

Dostajemy masę cytatów z poprzednich części podanych nostalgicznie albo ironicznie. Reeves wygląda jakby nie tylko grał, ale naprawdę był na silnych antydepresantach, zaś Carrie-Anne Moss w ogóle nie przekonuje. Drugoplanowi aktorzy – znani z seriali Neil Patrick Harris i Jonathan Groff – dostali źle napisane role i nie są w stanie ich obronić. Na dodatek gęsto tu od pobocznych wątków, które mają „wyjaśnić" kwestie z poprzednich części. Popcorn staje w gardle.

Na pytanie, jaki jest nowy „Matrix", można odpowiedzieć cytatem z oryginału: „Niewiedza jest błogosławieństwem". Dawno nie było filmu, w którym twórcy wprost tłumaczyliby się, dlaczego jest on tak bardzo nieudany.