Poemat o dzielnym wikingu Beowulfie, który zabił Grendela – wstrętne monstrum pustoszące dwór duńskiego króla Hrothgara, to pozycja z anglosaskiego programu szkolnego. Ma uwrażliwić uczniów na piękno staroangielszczyzny. Scenarzyści: Neil Gaiman i Roger Avary, musieli podczas lekcji śmiertelnie się nudzić, bo po latach przerobili mityczną historię na film akcji. Reżyser Robert Zemeckis wziął od nich tekst i poszedł krok dalej.

Wybrał wyśmienitych aktorów: m.in. Anthony’ego Hopkinsa jako Hrothgara i Johna Malkovicha – czyli królewskiego doradcę Umfertha. Rayowi Winstonowi zaproponował postać Beowulfa, a do wcielenia się w wiedźmowatą matkę Grendela zaprosił emanującą seksapilem Angelinę Jolie. Następnie odegrane przez nich role poddał cyfrowej obróbce. W kinie oglądamy teraz animowane wersje hollywoodzkich gwiazd.

Jeśli wybierzemy się na seans w trójwymiarowej technologii (ekrany Imax) i założymy specjalne okulary – efekt momentami zapiera dech. Przysadzisty Winstone, który stał się wysokim, muskularnym wikingiem, niemal wychodzi z ekranu, mocując się z łuskowatym Grendelem. Ociekająca złotem Jolie, gdy wynurza się z błękitnej wody, jest na wyciągnięcie ręki. A smok zieje na nas ogniem.

Oglądaniu „Beowulfa” towarzyszą emocje, jakie wywołuje uczestnictwo w symulacji komputerowej. Przetworzone sylwetki aktorów są jak woskowe manekiny. Ich mimika pozostaje martwa – podobnie jak bohaterów gier. Dlatego po obejrzeniu „Beowulfa” popadłem w kasandryczny nastrój. Film aktorski, z kreacjami z krwi i kości, naturalną scenerią i zdjęciami, które są dowodem kunsztu sztuki operatorskiej, umrze. W zamian dostaniemy substytut – wirtualnie wykreowany świat, w którym świetnie odnajduje się młode pokolenie widzów. Oni znają tę rzeczywistość z produktów na pecety i konsole. To jest ich rozrywka. Czy to odległa wizja przyszłości?

Niestety, nie. Powstaje coraz więcej obrazów, które nie adaptują prozy, lecz słynne komputerowe serie – w listopadzie weszła do kin trzecia część „Resident Evil”, a pod koniec miesiąca zobaczymy „Hitmana”. Inne zamieniają klasyczne opowieści w gry (np. „300 Spartan”). Widz ma być wprawiony w stan permanentnej ekscytacji – fabuła przypomina schemat baśni, a naszą wrażliwość atakuje seria oszołamiających obrazów. Pokazuje to wyraźnie przykład „Beowulfa”. W scenariuszu Gaimana i Avary’ego są interesujące wątki. Beowulf okazuje się żądnym chwały rębajłą, a nie krystalicznie czystym herosem; Grendel – nieszczęśliwym potworem, ofiarą marzeń ludzi o władzy. Jednak cały głębszy sens wypłukuje forma. Pozostaje krwawa powiastka dla nastolatków.

Choć użycie z rozmachem technologii 3D w filmie Zemeckisa jest sygnałem technicznego rozwoju kina, cofa je intelektualnie do pierwszych lat XX wieku. Wówczas widzowie gromadzili się w salach, by na ekranie zobaczyć kuglarskie sztuczki bliskie duchowi jarmarku. Zasiadając w multipleksach, objadając się popcornem, przypominamy tamtą publiczność. A film w 3D to tylko zajmujący gadżet.

„Beowulf”. USA 2007. Reż. Robert Zemeckis. Dystrybucja: Warner.