We współczesnej animacji królują misie, pszczółki, mrówki, rybki, pingwiny, szczurki.
Na tym tle pomysł, by bohaterem filmu uczynić robota zbierającego śmieci, wydawał się szalony. Kto polubi maszynę, której pełna nazwa brzmi: Wysypiskowy Automat Likwidująco-Lewarujący E-klasy (w skrócie WALL-E)? A jednak ten robocik obdarzony jest nietuzinkową osobowością.
Przyszłość. Ludzie wynieśli się z Ziemi – planeta jest już zbyt zaśmiecona. Ziejące pustką drapacze chmur sąsiadują ze strzelistymi górami odpadów uformowanych w kostki. Te budowle wznosi właśnie Wall-E – ostatni działający robot sprzątający.
W typowym filmie science fiction taka sceneria byłaby zapowiedzią pesymistycznej wizji upadku ludzkości. Animatorzy z Pixara, wykorzystując przygnębiający futurystyczny krajobraz, stworzyli piękną, pełną humoru opowieść o maszynie, która odkrywa w sobie miłość i człowieczeństwo. Wall-E jest samotny. Poczucie opuszczenia próbuje uśmierzyć, opiekując się czule wszędobylskim karaluchem i zbierając pozostałości po naszej cywilizacji. Kolekcjonuje piłeczki, zapalniczki i inne gadżety, ale najbardziej przywiązany jest do kasety wideo z musicalem „Hello, Dolly”. Każdego wieczoru ogląda w zachwycie miłosną historię tytułowej wdowy i pewnego milionera.
On sam też się zakocha. Na Ziemię przybywa sonda Ewa, która poszukuje śladów życia. Początkowo na Wall-E nie zwraca uwagi, ale później...
Sympatycznego robota czeka jeszcze wyprawa do gwiazd, gdzie zdobędzie miłość wybranki i odkryje, jak ludzie stali się ofiarami niepohamowanego konsumpcyjnego stylu życia.
Twórcy filmu pomysłowo połączyli romans, musical i satyrę społeczną, ale dialogi ograniczyli do minimum. W czasach gdy dubbing jest wabikiem dla dorosłego widza, a głosu w animacjach użyczają gwiazdy kina, taka decyzja to samobójstwo.
Nie w tym przypadku. W „Wall-E” dominują pantomima i slapstik. Dzięki temu bajka ma czar wczesnych filmów Chaplina. Wall-E wzrusza i bawi jak mały tramp.