Przypominamy recenzję Rafała Świątka z 16 lipca 2009 r.
Scenariusz „Wrogów publicznych” powstał na podstawie opublikowanej kilka lat temu książki Bryana Burrougha. Autor opisywał w niej losy największych złoczyńców Ameryki lat 30., a także wojnę powstającego wtedy FBI z gangsterami.
Z monografii Burrougha reżyser wybrał wątek Johna Dillingera, najsłynniejszego spośród rabusiów. Nakręcił klasyczny film gangsterski, który ewoluuje w stronę poetyckiej impresji.
Mann korzysta z faktów, ale nie pokazuje widzom prawdziwej twarzy Dillingera, niebezpiecznego oprycha. W filmie to facet z klasą. Szarmancki, wrażliwy, z ironicznym dystansem wobec świata. Nie ma w nim agresji. Jest tylko straceńczy bunt wobec zbyt surowego prawa.
Reżyser uwzniośla wizerunek gangstera, jaki narodził się w kinie hollywoodzkim lat 30. Powstające wówczas filmy zmitologizowały obraz bandytów epoki wielkiego kryzysu, nadając mu romantyczny rys. Dillinger z „Wrogów publicznych” myśli jak samotny rewolwerowiec. Nie rozstał się jeszcze z etosem Dzikiego Zachodu. Pod wpływem impulsu bierze kolta w garść i idzie po swoje. Nie zważa na prawo, moralność. Sam jest sobie panem.
Przeciwieństwem gangstera jest tropiący go agent FBI Mel-vin Purvis (Christian Bale) – skrzyżowanie urzędnika z myśliwym. Najbardziej niepokojąca jest beznamiętność, z jaką wykonuje swoje zadanie. Zwiastuje narodziny technokratycznej, pozbawionej iskry buntu Ameryki, której oblicze zmienią dopiero burzliwe lata 60.
Paradoks pracy Purvisa polega na tym, że eliminując tytułowych „Wrogów publicznych”, w istocie zabija niegroźnych harcowników. Tymczasem zinstytucjonalizowana przestępczość rośnie w siłę w największych metropoliach. Ale rodzinom mafijnym nikt nie przeszkadza, bo nie szukają rozgłosu. Zrozumiały, że nowy świat należeć będzie do działających w ukryciu korporacji. Dillinger nie chce tego zaakceptować i dlatego ginie.
Film Manna to epitafium ery gangsterów buntowników.