Pracował przy animacjach "Latająca maszyna" i "Piotruś i wilk". Ma dobrą rękę do Oscarów, bo "Piotruś..." otrzymał go w 2008 roku.

– Jest bardzo skromnym człowiekiem – ocenia Marek Skrobecki, drugi reżyser tego filmu, także scenograf "Latającej maszyny". – Kiedy ostatnio pracowaliśmy przy kolejnym projekcie, nie chwalił się, że przygotowuje także potężną produkcję "Jak zostać królem". Świetnie się z nim współdziała, bo nie jest konfliktowy, potrafi tworzyć atmosferę sprzyjającą twórczemu wysiłkowi. Ze wszystkimi dobrze żył.

W czasie powstawania "Piotrusia i wilka" Unwin był kierownikiem planu.

-  Świetny organizator, działa uspokajająco na ludzi – podkreśla Zbigniew Żmudzki, szef Se-Ma-Fo-Ra. – Szybko wyczuł polską specyfikę i dostosował się do niej.

Magda Bargieł, współproducentka "Latającej maszyny", mieszkała przez dwa miesiące z Garethem Unwinem podczas pracy nad przygotowaniami tego projektu.

- W tym mieszkaniu byliśmy wszyscy razem, "na kupie" – jak w komunie – wspomina. – Gareth uwielbia gotować i robi to znakomicie. Był naszym kucharzem. Preferował potrawy mięsne, często serwował steki, ale i pasty były wyśmienite. Bardzo się cieszył, kiedy dostał w końcu złotą kartę konesera uprawniającą go do zniżkowych zakupów w jednych z delikatesów. Jego pasją życiową jest też gra w rugby, więc znalazł w Łodzi klub sportowy, w którym mógł trenować i grać, jeździł z drużyną na mecze.

Widziałam również, jak regularnie w czasie dwóch ostatnich zim odśnieżał swój samochód rakietą do tenisa. I jeszcze mogę dodać, że ostatniego lata właśnie w Łodzi się zaręczył, choć wybranka przyjechała do niego z Wysp.

Magda Bargieł podkreśla, że w pracy Gareth Unwin jest wymagający, przywiązany do respektowania terminów.

– I pomyśleć, że gdy był bardzo młody, doradca wyboru zawodu niemal go obśmiał, gdy Gareth powiedział, że będzie produkował filmy.