– Zakończyłem prowadzenie bloga fotograficznego i pomyślałem, że dołożę trochę innych zdjęć i utrwalę je w formie małego albumu. Miałem 4 tysiące złotych i postanowiłem zrobić to sam. Ile mogę sprzedać bez dystrybucji w dużych księgarniach? Zdecydowałem się na 300 sztuk – opowiada Kuba Dąbrowski, którego album „Western" zainspirował dziesiątki polskich fotografów do wydania swoich książek.
Dziś jest to już kolekcjonerski rarytas, a Dąbrowski sam wydaje właśnie doskonałą drugą książkę „Sweet Little Lies", w czym pomagał mu duet kolekcjonerski ArtBazar.
Fotografuje świat pogrążony w nostalgii, ludzi odmawiających uczestniczenia w tu i teraz. Jedni wybierają retro, inni – rodzinę lub zacisze sypialni. To zdjęcia ojców uganiających się za synami, podwórek, gdzie kopie się piłkę do upadłego, sycylijskiego rybaka, który mógłby być bohaterem opowiadań Hemingwaya.
– Ta książka jest o wyobrażaniu sobie świata, o którym myślimy, że odszedł, ale tak naprawdę pewnie nigdy go nie było. Romantycznego świata ze starych włoskich piosenek i polskich filmów o łobuzach – opowiada Dąbrowski. Na Zachodzie nazywa się to self-publishing, polega na przełożeniu punkowej zasady „Do It Yourself" (Zrób to sam) do wydawania książek czy albumów.
Cała przyjemność polega na zrobieniu książki niemal samemu, od selekcji zdjęć przez współpracę z grafikiem po wybór papieru, na jakim chce mieć się album. Nowością jest to, że na masową skalę produkuje się albumy fotograficzne, artystyczne, z wyszukaną szatą graficzną, które dotychczas kojarzyły się z ekskluzywnością i dużymi pieniędzmi.
Na Zachodzie zjawisko to przeżywa apogeum popularności. Ma swoje gwiazdy, sklepy internetowe, setki komentatorów i ich blogi oceniające najnowsze wydawnictwa. Własne książki wydają gwiazdy zawodowej fotografii, np. Alec Soth i Martin Parr, członkowie agencji Magnum. Organizowane są targi w Londynie i Berlinie, a wystawy z najlepszymi pozycjami objeżdżają cały świat.
Wielu artystów zapewnia, że w dobie globalizacji robienie wystaw wydaje się zajęciem staroświeckim. Młodzi twórcy nie myślą już o obecności w Polsce, wiedzą, że Internet jest narzędziem, które może wypromować kogoś na drugim końcu świata. Na wystawę do Krakowa czy Warszawy przecież nie przyjedzie z Zachodu poważny krytyk, publiczność będzie bardziej lub mniej przypadkowa. A książka? Zostaje na długo.