Whiplash - recenzja filmu

„Whiplash" to fantastyczna opowieść o pasji, muzyce, pojedynku wielkich indywidualności i o życiu.

Aktualizacja: 30.12.2014 21:09 Publikacja: 30.12.2014 19:05

Genialny film. Z pozoru prosty, można go streścić w kilku zdaniach. W prestiżowym, nowojorskim konserwatorium 19-letni perkusista trafia pod opiekę nauczyciela, który jest legendą szkoły. Ale jednocześnie to kat, który upokarza swoich uczniów, szczuje ich na siebie nawzajem jak psy przed walką na śmierć i życie.

Wszystko to robi po to, żeby wywołać w swoich podopiecznych bunt i zmotywować do pracy. Ale za tymi kilkoma zdaniami kryją się niebanalne charaktery bohaterów, niebanalne spojrzenie na świat i refleksja na temat sztuki.

Andrew Neyman to nastolatek, dla którego perkusja jest wszystkim. To jego życie. Nic innego się nie liczy. Dziewczyna? Miłości nie umie i nie chce jej oddać. Kiedy walczy o wejście na szczyt, ten, kto czegokolwiek od niego oczekuje, staje się przeszkodą.

A kiedy jest na dnie, samotny i złamany? Wtedy jest za późno. W słuchawce telefonu może od dawnej sympatii usłyszeć: „Nie wiem, czy przyjdę na koncert, bo mój chłopak nie lubi takiej muzyki". Co więc zostaje, gdy sztuka cię odrzuci? Życie takie jak ojca Andrew, nauczyciela, niespełnionego pisarza? Zwyczajność oferuje artyście uspokojenie i harmonię? Czy poczucie przegranej?

Z kolei Fletcher – nauczyciel, który chce wychowywać mistrzów – wie, że nie wszyscy wytrzymują jego metody. Że on może człowieka zniszczyć, tak jak kiedyś zniszczył swojego najzdolniejszego ucznia. Prawdziwego artystę, któremu stawiał niebotyczne wymagania, grał na ambicji. Teraz szuka jego następcy i tak samo upokarza Andrew. W uczelnianym jazz-bandzie Fletcher stale zatem zmienia perkusistów, angażuje dwóch, trzech jednocześnie, żeby ze sobą konkurowali, nigdy nie czuli się bezpiecznie. Żeby walczyli o perfekcję, o wielką sztukę.

„Nie ma gorszych dwóch słów niż »dobra robota«" – mówi Fletcher. Bo dobra robota to efekt starań maluczkich. Dla niego liczy się tylko geniusz i każda metoda, która zdoła go w zdolnym uczniu obudzić. Fletcher jest bezwzględny w swoich grach, a przecież sam musi stawić czoła swoim niespełnieniom, wyrzutom sumienia.

„Whiplash" ma wątłą akcję, ale ważna jest tu każda rozmowa, każdy szczegół. Film Damiena Chazelle'a ma superprecyzyjny scenariusz, dynamiczne zdjęcia, świetny montaż. I muzykę, która wwierca się w duszę, staje się jednym z bohaterów tej opowieści.

Kamera obserwuje z bliska krew spływającą po dłoniach perkusisty, pot na jego skroniach. Maksymalny wysiłek. Tak jak pojedynek między dwoma bohaterami. I dwoma aktorami. Dobry jest w roli Andrew młody Miles Teller, ale „Whiplash" należy przede wszystkim do J.K. Simmonsa. Ten 59-letni aktor, który zagrał setkę ról drugoplanowych, przez całe zawodowe życie czekał na taką szansę. I nie zmarnował jej. Stworzył kreację godną oscarowej nominacji, a może nawet statuetki.

Damien Chazelle sam kiedyś grał w szkolnym jazz-bandzie. Podobno nienawidził jazzowego standardu „Whiplash" Hanka Levy'ego. Ale ten utwór po latach da tytuł jego filmowi.

Chazelle zarzucił zresztą karierę perkusisty, ale emocje związane z muzyką od dawna chciał przetłumaczyć na język kina. Gdy nie mógł znaleźć pieniędzy, na swoją produkcję zrealizował 18-minutową etiudę. Wygrał sekcję filmu krótkiego na festiwalu w Sundance i inwestorzy uwierzyli w jego projekt. W 2014 roku „Whiplash" stał się wielkim zwycięzcą Sundance.

Nie dziwię się. Ten film wciąga i hipnotyzuje. Nie pozwala nawet na chwilę dekoncentracji. Porywa psychologiczny pojedynek między uczniem i nauczycielem. Ale też sztuka. Kiedyś ja, muzyczny laik, poczułam i „zobaczyłam" muzykę podczas seansu „Kopii mistrza" Agnieszki Holland.

Teraz tę muzykę „sfilmował" Chazelle. W „Whiplashu" koncerty stają się mocnym przeżyciem emocjonalnym. Dramatycznym, pełnym bólu, ambicji, determinacji, czasem rozpaczy.

To jest film o ludziach opętanych sztuką, ale też o cenie, jaką muszą za tę pasję zapłacić. Chazelle nie staje po żadnej stronie. Tu nie ma wygranych i przegranych. Na najważniejsze pytania – co się naprawdę liczy – widz musi sobie sam odpowiedzieć.

Festiwal Sundance

Ta impreza ściąga w styczniu do Utah wielbicieli kina niezależnego z całego świata. Odbywa się w Park City i Salt Lake City, który jest znanym amerykańskim ośrodkiem narciarskim, i nierzadko filmowcy zaczynają tam dzień od wyprawy na stok. Ale potem siedzą w kinach. Po raz pierwszy filmowy przegląd w Utah odbył się w 1978 roku. Od 1985 roku jego organizację przejął Sundance Institute Roberta Redforda i uczynił metropolię niezależnego kina. To tam po raz pierwszy zostali zauważeni tacy twórcy jak bracia Coen, Quentin Tarantino, Jim Jarmusch czy Kevin Smith. Dziś w Sundance przyznaje się nagrody w 27 (!) kategoriach, a z festiwalem związany jest specyficzny snobizm. I choć niektórzy stali bywalcy narzekają, że impreza się komercjalizuje, Sundance wciąż jest kuźnią niezależnych talentów. A że potem często robią oni karierę w świecie Hollywood? Cóż, dobrze to świadczy zarówno o Sundance, jak i o Hollywood.

Wielki amerykański przemysł filmowy skostniał ze swoimi superprodukcjami i chętnie zerka w stronę artystów niezależnych. W ostatnich latach nagrodzone na Sundance filmy zdobywały Globy i Oscary.  Tak było z „Hej, skarbie" Lee Danielsa, który w historii 16-letniej, otyłej dziewczyny z Harlemu, matce dwojga dzieci z gwałtów, połączył wnikliwą obserwację społeczną z opowieścią o naturze człowieka. „Do szpiku kości" Debry Granik to obraz Ameryki biedy, jakiej nie odwiedzają Peter Jackson czy Steven Spielberg. W „Bestiach z południowych krain" Benh Zeitlin pokazał świat małej dziewczynki w oddalonej od cywilizacji delcie Missisipi. Tak jak tamte filmy „Whiplash" też ma szansę wpisać się na oscarową listę.

bh

Genialny film. Z pozoru prosty, można go streścić w kilku zdaniach. W prestiżowym, nowojorskim konserwatorium 19-letni perkusista trafia pod opiekę nauczyciela, który jest legendą szkoły. Ale jednocześnie to kat, który upokarza swoich uczniów, szczuje ich na siebie nawzajem jak psy przed walką na śmierć i życie.

Wszystko to robi po to, żeby wywołać w swoich podopiecznych bunt i zmotywować do pracy. Ale za tymi kilkoma zdaniami kryją się niebanalne charaktery bohaterów, niebanalne spojrzenie na świat i refleksja na temat sztuki.

Pozostało 90% artykułu
Film
Festiwal w Cannes. Złota Palma dla „Anory” Seana Bakera
Film
Na potrzeby filmu przeprowadził słynny eksperyment. Nie żyje Morgan Spurlock
Film
Rekomendacje filmowe: Wspaniały Hirokazu Kore-eda i przebojowy George Miller – czyli co kto lubi
Film
Cannes 2024. Dariusz Jabłoński na czele Europejskiego Klubu Producentów
Film
„Furiosa: Saga Mad Max”: kino nieświeżej zemsty
Materiał Promocyjny
CERT Orange Polska: internauci korzystają z naszej wiedzy