Cztery lata temu Bodo Kox pokazał fabularny debiut „Dziewczyna z szafy”. To była historia ludzi wypchniętych na margines życia: dziewczyny w głębokiej depresji, pełnej lęków, chowającej się przed światem w szafie i niepełnosprawnego, coraz bardziej zapadającego się w nicość chłopaka, który ma świadomość swojego odchodzenia.
W tym filmie pozwolił sobie na formalne szaleństwo: zapełniał ekran wielkimi zeppelinami – symbolami wolności, a małe mieszkanie dzięki miłości dwojga outsiderów zamieniało w egzotyczny ogród. To był poruszająca i niebanalna opowieść o delikatności uczuć, o inności, samotności.
Teraz wchodzi na ekrany „Człowiek z magicznym pudełkiem”.
– Pod koniec 2012 roku, podczas porządków domowych, znalazłem radio po dziadkach i pomyślałem: „A co by było, gdybym je podłączył, a ono zaczęłoby grać kawałki z lat 50.?”. Tego samego dnia, przed snem, miałem już gotowy szkic scenariusza – opowiada Bodo Kox.
Przez lata pomysł ewoluował, wreszcie powstało kino o innej energii niż „Dziewczyna z szafy”, ale równie oryginalne, niepokorne i poszukujące. Sam reżyser nazywa je romansem science fiction.
Warszawa, rok 2030. Młody chłopak cierpiący na zanik pamięci zaczyna pracować w korporacji jako sprzątacz. W oko wpada mu dziewczyna. Adam (filmowe odkrycie – Piotr Polak) jest samotny, tęskni za uczuciem. Ale Goria (Olga Bołądź) to kobieta sukcesu, samodzielna i niezależna, nie szuka partnera na życie, raczej na niezobowiązujący seks.
Uczucie i polityka
A jednak Bodo Kox daje nam opowieść o miłości. Niemożliwej, a przecież silnej. Ta historia wpisana jest w mocne społeczno-polityczne tło.
Kox buduje na ekranie świat rodem z powieści George’a Orwella i Aldousa Huxleya, korporacyjno-policyjne państwo przyszłości z autorytarnymi rządami, bezduszną biurokracją, zmanipulowanymi mediami. Ten świat zabiera człowiekowi wolność, jest pełen strachu. Nawet ulice wyglądają dziwnie. Z jednej strony są nowoczesne wieżowce, z drugiej gruzy, bo zamachy terrorystyczne stały się częścią rzeczywistości.
Taka wizja jednak Bodo Koxowi nie wystarcza. W starym radiu lecą dawne piosenki. I Adam teleportuje się w lata 50. XX wieku. A zresztą – może jest odwrotnie? Może dzięki eksperymentom sprzed ośmiu dekad przeniósł się w przyszłość? Nieważne. Ważne, że ludzie niczego się nie nauczyli.
83-letnia staruszka z 2030 roku (świetna Helena Norowicz) mówi: „Przeżyłam w tym domu całe życie i chciałabym już przenieść się gdzie indziej”. To ona, pamiętając czasy stalinowskie, boi się najbardziej. Bo historia drwi z narodu. Mniej lub bardziej nowoczesny, mniej lub bardziej groźny – to jednak jest totalitaryzm.
Pseudonim od U2
Bodo Kox zrobił film pełen strachu o kraj, Europę, świat. Tym bardziej że rozgrywa się zaledwie za 17 lat. Tylko miłość może nas jakkolwiek ratować?
„Człowiek z magicznym pudełkiem” to film niekonwencjonalny. Jak jego twórca, który sam siebie wymyślił. Jeszcze jako nastolatek Bartosz Koszała, chcąc zostać gwiazdą rocka, obrał pseudonim Bodo Kox, bo kochał U2 i Bono Voxa.
Skończył w rodzinnym Wrocławiu studia polonistyczne, przez chwilę był dziennikarzem, ale wciągnęło go kino. Jako Bodo Kox zagrał w kilku niezależnych filmach Piotra i Dominika Matwiejczyków. Sam też zaczął kręcić. Zrealizował kilkanaście zwariowanych krótkich etiud, dostał za nie trochę nagród na festiwalach kina amatorskiego. I w 2006 roku, we wrocławskim urzędzie stanu cywilnego, oficjalnie zmienił imię i nazwisko na Bodo Kox.
W jednym z wywiadów powiedział, że człowiek, który pracuje nad sobą, ma prawo przybrać imię i nazwisko, z którym się lepiej czuje i które lepiej oddaje jego osobowość. Potem jeszcze gdzieś dodał, że jak będzie odbierał Oscara, nie będą sobie łamać języka na jego nazwisku.
Ma dystans do siebie i do świata. W 2007 roku zrobił „Nie panikuj” – 75-minutową historię trzech kumpli. W zwiastunie z właściwym sobie dystansem i poczuciem humoru flegmatycznym głosem zapraszał do obejrzenia: „Taki film jest: jest picie, ćpanie, taniec. Całują się. Gołe dupy są. No i napierdalanka. Jest i kowboj, wariatka i pistolety, i policja. Dużo się dzieje, jak w dobrym filmie”.
Wyjście z niszy
„Nie panikuj” podczas festiwalu w Gdyni wygrało konkurs kina niezależnego. Jak długo jednak można być amatorem? Bodo Kox zaczął pracować nad swoim warsztatem. Studiował w łódzkiej Filmówce, odbył kurs w szkole Wajdy, potem jeszcze uczestniczył tam w programie Ekran+. Z amatora zamienił się w profesjonalistę. Ostatnio zrzucił nawet kolorowe marynarki i zabawne garnitury. Na szczęście nie stracił fantazji, oryginalności, skłonności do ryzyka.
W „Dziewczynie z szafy” i „Człowieku z magicznym pudełkiem” udowodnił, że potrafi widza wciągnąć, przestraszyć. I wzruszyć. – Rzeczywistość na zewnątrz jest bardzo dystopijna, dlatego pomyślałem, że bardziej od informacji o zakupie nowych czołgów potrzebuję w życiu miłości – mówił na festiwalu gdyńskim.
– Jest ryzyko, że przez całe życie będę traktowany jak wariat, który robi niszowe filmy – mówił też w Gdyni Bodo Kox. – Mam program komputerowy, w który wpisywałem różne dane, żeby sprawdzić, jak zrobić film na Berlin albo Cannes, ale mi się zawiesił.
I dobrze. Nie warto tego komputera restartować. Konwencjonalnych twórców są całe zastępy, a „wariatów” z własnym stylem nie tak znów wielu. To droga niebezpieczna, ale o ile ciekawsza. ©?