Inwestorzy ciepło przyjęli też rekomendacje zagranicznych biur maklerskich zalecających akumulację polskich akcji. Wreszcie można było poczuć, że nasza gospodarka jest doceniana za wyjątkową – na tle innych rynków – kondycję.

Ale pamiętajmy też, że GPW znajduje się w momencie szczególnym. Indeksy testują właśnie swoje najniższe poziomy ze stycznia. Ich przełamanie mogłoby doprowadzić do nowej fali paniki, bez względu na to, co kto sądzi o kondycji polskiej gospodarki i jej odporności na zewnętrzne zawirowania. Jak dotąd rynek broni się przed tym spadkiem, co nie nastręcza specjalnych trudności, wziąwszy pod uwagę skalę zawieranych transakcji. Przez ostatnie cztery tygodnie wartość WIG spadła o 10 proc., kapitalizacja giełdy zmalała o ok. 100 mld zł, a właściciela zmieniły akcje o wartości ledwie 12 mld zł (w ciągu 20 sesji). Nie można tego nazwać zdecydowanym naporem podaży, ale raczej osuwaniem się rynku pod własnym ciężarem. I trzeba przyznać, że takie okoliczności są wręcz wymarzone do akumulacji akcji (ceny są stabilne) i wzbudzenia przekonania, że rynek jest w stanie obronić styczniowe dołki, a tym samym zakończyć średnioterminowy trend spadkowy rozpoczęty w lipcu na poziomie nie niższym niż obecny. Podaż jest bowiem bardzo słaba. Jej przełamanie nie będzie trudne, jeśli inwestorzy uwierzą, że są podstawy do kupowania najtańszych od dwóch lat akcji.

Emil Szweda, Open Finance