Odbicie na giełdach okazało się pułapką. W minionym tygodniu znów na rynkach panowały minorowe nastroje, a inwestorzy wyprzedawali wszelkie ryzykowne aktywa. Powodów takiej sytuacji było kilka, choć wciąż podtekst jest ten sam – obawy przed wejściem globalnej gospodarki w recesję i niewypłacalnością niektórych państw UE.
Do gwałtownej wyprzedaży doszło pod koniec ubiegłego tygodnia, gdy się wydawało, że rynki znajdują poziom równowagi po ostrych spadkach z początku miesiąca. Dramatycznie było zwłaszcza w czwartek, gdy Morgan Stanley postraszył recesją, a wskaźnik aktywności w amerykańskiej gospodarce spadł nieoczekiwanie do poziomu -30,7 pkt. Ten splot niekorzystnych informacji sprawił, że na panicznej ucieczce z giełd jak zwykle najbardziej ucierpiały rynki wschodzące, choć bezpośrednie przyczyny kryzysu tkwią gdzie indziej.
Indeks MSCI EM stracił w ciągu tygodnia 2,5 proc. To najniższy poziom od ponad roku, licząc w cenach z zamknięcia. Najmocniej przeceniono akcje w Indiach, gdzie indeks spadł do najniższego poziomu od maja 2010 r. Słabo wypadły giełdy w Rumunii i Rosji, podobnie jak GPW, gdzie WIG20 spadł o 3,4 proc.
Obecnie inwestorzy skupiają się na wydarzeniach globalnych. Wprawdzie trwa sezon publikacji wyników kwartalnych, które w większości spełniają oczekiwania rynku, ale generalnie są one ignorowane. Liczy się tylko ogólnoświatowy sentyment, a ten nawet mimo piątkowego odbicia wciąż jest zły.
Nie brakuje jednak optymistów. Mark Mobius, prezes Templeton Emerging Markets Group, uważa, że rynki wschodzące utrzymają trend wzrostowy, a korekty powinno się wykorzystywać do zakupów akcji.