Rpkom.pl: Nie udała się transakcja z Innovą. Dlaczego z pana punktu widzenia tak się stało? No i oczywiście:  co teraz?

Tadeusz Czichon

: - Pytają mnie, czy jestem bardzo rozczarowany. Trochę szkoda, ale nie jestem specjalnie zawiedziony. Zakładałem, że odpowiem na wezwanie po cenie, którą uważałem za rzetelną, ale się nie udało. Zatem pozostaję w spółce jako jej akcjonariusz i członek zarządu i.... pracuję nad dalszym podnoszeniem jej wartości.

Gdy wezwanie zostało ogłoszone oceniał pan, że cena - 12,4 zł - jest za niska. To po ile był pan gotowy sprzedać swoje akcje ATM?

- Na to pytanie nie mogę odpowiedzieć. Zgodnie z umową zawartą z Innovą byłem gotowy sprzedać akcje po umówionej cenie, wyższej niż w ogłoszonym wezwaniu, ale nie tak wysokiej, jakiej być może oczekiwali inni akcjonariusze.

Rzeczywiście zamierzałem sprzedać kontrolowany przeze mnie pakiet akcji ATM. Przejęcie spółki przez tego inwestora byłoby korzystne dla firmy, jej biznesu i załogi. Tego, że do transakcji nie doszło, nie traktuję jako swojej porażki, ponieważ planowana transakcja była wyważona. Korzyści z jej zawarcia były zbliżone do szans stojących przede mną, gdy pozostaję akcjonariuszem ATM. Wyjście z inwestycji pozwalało na to, aby spółka poszła nieco inną drogą: szybszego rozwoju poprzez kolejne akwizycje spółek w regionie. Ja z kolei mógłbym zająć się realizacją swoich indywidualnych planów, nie związanych z tą spółką.  Miałbym szansę na coś co nazywam „mocnym resetem" zawodowym. Jestem w ATM od 25 lat i taki odpoczynek byłby mi potrzebny.

Skoro jednak transakcja nie doszła do skutku, to zmierzę się z kolejnymi wyzwaniami związanymi z dalszym rozwojem ATM. Żeby w ciągu najbliższych 2-3 lat, gdy ma ona przed sobą intensywny, przełomowy okres, udało się zrealizować i skomercjalizować z sukcesem aktualnie realizowane inwestycje - z korzyścią dla firmy i jej akcjonariuszy. Wtedy za te 2-3 lata można się zastanowić, czy nie warto do procesów konsolidacyjnych wrócić.

Czyli wrócić do pomysłu sprzedaży spółki?

- Do sprzedaży akcji za gotówkę lub połączenia spółek poprzez  zamianę akcji. Do scenariusza, w którym mógłbym wycofać się z aktywnego zarządzania spółką. Nie wykluczam żadnego z rozwiązań związanego z procesami konsolidacyjnymi na rynku, korzystnego dla spółki. Czas pokaże, co się może wydarzyć na rynku. Mam raptem 25 proc. akcji ATM i w związku z tym moje wycofanie się z inwestycji kapitałowej nie musi być związane ze sprzedażą całej spółki innemu inwestorowi.

Autopromocja
#NowaRp.pl

Znacznie więcej niż wiedza

ZAPRENUMERUJ

Może nastąpić zamiana jednego akcjonariusza mniejszościowego na innego akcjonariusza mniejszościowego, który bądź będzie zaangażowany w zarządzanie, bądź będzie akcjonariuszem pasywnym. Ja sam nie zamierzam być akcjonariuszem pasywnym i nie przewiduję zarządzania spółką, w której nie jestem zaangażowany kapitałowo.

Ten 3-letni horyzont to horyzont przemyślany i ostateczny?

- Perspektywa 2-3 lat wynika z aktualnych procesów biznesowych, które w spółce są realizowane. Jest sprawą publicznie znaną, że ATM ma duży projekt inwestycyjny, który kończy się w 2015 roku. W związku z tym, znaczący efekt tej inwestycji będzie widoczny od 2016 roku. Stąd te 2-3 lata. Spółka będzie wtedy w stanie pokazać fundamentalnie dużo lepsze wyniki niż w tej chwili.

Na ile prawdą jest, że Innova chciała połączyć ATM z Netią?

- Nic nie wiem na ten temat. Nie potrafię tego skomentować.

Dla pozostałych akcjonariuszy ATM pana wyjście z inwestycji to chyba nie jest dobra wiadomość

- Dlaczego? Trzeba pamiętać, że nie jestem prezesem zarządu, tylko wiceprezesem, co jest istotną różnicą dla akcjonariuszy, którzy inwestują w spółkę. Nawet moja rezygnacja, którą zapowiadałem, przy okazji wezwania Innovy, zapewnia ciągłość zarządzania operacyjnego, za które odpowiada prezes Maciej Krzyżanowski. Wprawdzie strategię spółki tworzymy wspólnie, ale jej część operacyjną realizuje już jeden z nas.

Generalnie, ustąpienie ze stanowiska wiceprezesa ds. finansowych jest mniej dotkliwe dla spółki i jego zastąpienie innym menedżerem o wysokich kwalifikacjach jest relatywnie mniejszym problemem. Taka zmiana może być też korzystna dla firmy, jeśli na stanowisku pojawi się ktoś młodszy, rzutki, energiczny. Aczkolwiek, póki pozostaję akcjonariuszem ATM - na emeryturę się nie wybieram.

Możemy wrócić na chwilę do samego początku? Jak to się stało, że powstał ATM?

- To było ponad 25 lat temu. Po skończeniu studiów magisterskich na Politechnice Warszawskiej, rozpocząłem studia doktoranckie na kierunku Automatyka i Informatyka i widziałem siebie jako pracownika naukowego tej uczelni. Od tych planów odwiodły mnie ówczesne realia funkcjonowania uczelni wyższych w Polsce, w których trudno było wyniki badań naukowych w dziedzinie informatyki realizować w praktyce. Wyniki badań naukowych w tej dziedzinie pozostawały w dużej części w wiedzą teoretyczną. Szukając innych możliwości realizacji moich pasji inżynierskich, rozpocząłem pracę w PLL LOT, kierując jedną z sekcji w Wydziale Informatyki tej firmy.

Trzeba było wtedy kogoś znać?

- Nie... Nie byłem zatrudniony po znajomości, ponieważ takich znajomości nie miałem. Tematem, nad którym tam pracowałem, była analiza danych z samolotów eksploatowanych wtedy przez LOT. Szukaliśmy sposobu, aby informacje rejestrowane na pokładzie samolotu poddać informatycznej obróbce i automatycznej analizie, w celu wykrywania ewentualnych niesprawności podzespołu samolotu mogących mieć wpływ na bezpieczeństwo lotu. Okazało się, że rejestratory danych instalowane na ówczesnych samolotach nie były wystarczająco dokładne i niezawodne, aby takie analizy mogły być prowadzone. Próba zastosowania rejestratorów produkcji zachodniej była skazana na niepowodzenie, ze względu na niezgodność standardów stosowanych na samolotach produkcji radzieckiej z systemami rejestracji stosowanymi na Zachodzie.

Można było temu zaradzić?

- Doszliśmy do wniosku, że najlepszym wyjściem będzie wyprodukowanie własnego lotniczego rejestratora danych, czyli tzw. „czarnej skrzynki", która byłaby urządzeniem nowoczesnym ale dostosowanym do eksploatowanych wówczas w PLL LOT samolotów. Realizacja takiego zadania w obrębie PLL LOT nie była możliwa. To wówczas zdecydowałem się na założenie spółki, której celem była konstrukcja nowoczesnych urządzeń elektronicznych. W niej powstał pierwszy w świecie lotniczy rejestrator danych, zapisujący informacje nie – jak to było dotąd stosowane – na taśmie magnetycznej, ale w pamięci półprzewodnikowej.

W ten sposób powstała firma ATM. Pierwszymi naszymi klientami były polskie i czechosłowackie linie lotnicze. Obecnie produkty firmy Przedsiębiorstwo Produkcyjne ATM spotykane są u wielu użytkowników samolotów cywilnych i wojskowych, a w ostatnich latach – także pojazdów szynowych. Pewnie by się na produkcji lotniczej skończyło, gdyby nie to, że wymagała ona bardzo dużych nakładów na rozwój firmy, na prowadzenie prac badawczo-rozwojowych. Krótko mówiąc - brakowało nam środków finansowych, a w tamtych czasach kredytowanie przez banki firm prywatnych praktycznie nie istniało.

Wtedy, aby podreperować fundusze firmy, zdecydowaliśmy się na wejście w branżę IT. Na początku lat 90 ubiegłego wieku ATM był dość znaną firmą dostarczającą na rynek krajowy komputery klasy PC w oparciu o podzespoły importowane z Dalekiego Wschodu. Sprzedawaliśmy nasze komputery pod marką ATM i często spotykam osoby, które jeszcze pamiętają te urządzenia z monitorami EGA i dyskami o pojemności 40 megabajtów... Z czasem część komputerowa naszego biznesu stała się większą i silniejszą finansowo od produkcji lotniczej i w połowie lat 90-tych została wydzielona do oddzielnej spółki, która dała początek dzisiejszej spółce giełdowej ATM.

Z kim konkurowaliście wówczas?

- Było w Polsce kilka podobnych firm do naszej, które w oparciu o funkcjonujące w tamtych czasach tzw. składy celne zajmowały się montażem komputerów na rynek polski i na eksport do Związku Radzieckiego. Z czasem doszliśmy jednak do wniosku, że poza prostymi PC-tami, przy naszych ambicjach inżynierskich, należałoby wejść w rynek komputerów znacznie bardziej zaawansowanych technicznie. Związaliśmy się wtedy z firmą Sillicon Graphics z Doliny Krzemowej.

Byliśmy jej dystrybutorem na Polskę. Z biegiem czasu firma przekształcała się coraz bardziej w integratora zaawansowanych systemów komputerowych, opierając się na urządzeniach i systemach informatycznych produkowanych także przez innych dostawców, głównie z USA. W ramach projektów integracyjnych budowaliśmy niejednokrotnie na zamówienie naszych klientów sieci teleinformatyczne, byliśmy też pierwszym w Polsce komercyjnym dostawcą Internetu.

Doświadczenia w tej dziedzinie skłoniły nas do budowy w Warszawie naszej własnej sieci światłowodowej, w oparciu o którą moglibyśmy świadczyć usługi transmisji danych na rzecz naszych klientów. W ten sposób ATM stał się w roku 2000-2001 także operatorem telekomunikacyjnym. Wypełnialiśmy lukę na rynku związaną z brakiem szybkich sieci szerokopasmowych. Rozwój tej części naszej działalności przebiegał bardzo szybko, z czasem rozprzestrzeniając nasze sieci także na inne duże polskie miasta i na łącza międzynarodowe. W działalności telekomunikacyjnej świadczymy usługi wyłącznie w modelu B2B. Nie weszliśmy nigdy w segment klientów indywidualnych.

Dlaczego?

- Wtedy nikt nie myślał o tym, żeby do swojego domowego komputera doprowadzić światłowód. Nasza sieć i nasze kompetencje były budowane w kierunku obsługi telekomów, biznesu, który ma duże zapotrzebowania na szerokie pasmo transmisyjne i duży wolumen przesyłanych danych. Zatrzymaliśmy się na poziomie małych i średnich przedsiębiorstw, które mają zapotrzebowanie na usługi telekomunikacyjne.

Transformacja kraju panu pomogła, czy przeszkodziła w biznesie?

- Zaczynaliśmy w 1987 r., właściwie u schyłku PRL-u. To, co pozwoliło spółce stanąć na nogi, to zmiany, które uwolniły działalność gospodarczą. Gdyby nie ustawa o wolności gospodarczej, tzw. ustawa Wilczka, dzięki której małe prywatne firmy mogły dynamicznie się rozwijać bez ograniczeń minionego okresu,  ATM zapewne by nie powstał.  Nie wiem, czy miałbym w sobie determinację do walki z przeszkodami urzędniczymi. Byłem zawsze człowiekiem, który chce się rozwijać, tworzyć nowe rzeczy, a nie walczyć z urzędnikami.

Ludzie, z którymi zaczynał pan robić biznes nadal są wokół pana?

- Część z nich nadal pracuje w ATM. To osoby, które spędziły tu razem ze mną większość zawodowego życia. Myślę, że mogą być zadowolone z tego, co osiągnęliśmy wspólnie.

Komu pan zawdzięcza to, gdzie teraz firma jest?

- Przede wszystkim moim wspólnikom. Od początku firma była spółką. Na początku było nas czterech. Oprócz mnie: Antonii Chalimoniuk (jest nadal doradcą zarządu), Dariusz Kiełkowski (jest akcjonariuszem ATM)  i  Tomasz Tuchołka, który zarządza naszą spółką lotniczą, która nadal funkcjonuje i która zajmuje się systemami elektroniki lotniczej, czyli awioniką. Jedyny związek między giełdowym ATM a ATM Przedsiębiorstwo Produkcyjne, jest taki, że jestem tam także członkiem zarządu. Spółki działają zupełnie niezależnie od siebie.

Wielki wpływ na rozwój ATM mieli także moi późniejsi wspólnicy: Piotr Puteczny, który nadal pełni funkcję doradcy zarządu oraz Roman Szwed, który był autorem powstania w ATM działu zaawansowanych systemów informatycznych, a obecnie zarządza giełdową spółką Atende, powstałą po wydzieleniu 2 lata temu działalności informatycznej (integratora systemów informatycznych) do oddzielnej spółki.

Chciałby pan wrócić do korzeni, do firmy zajmującej się produkcją lotniczą?

- Jeśli kiedyś wycofam się kapitałowo i operacyjnie z ATM, to mam plan, żeby do tamtej spółki wrócić i zaangażować się w jej dalszy rozwój.

Z otwartymi rękoma pana przyjmą?

- Mam nadzieję... Wydaje mi się, że jest tam sporo ciekawych wyzwań do zrealizowania i jestem pewien, że sprawiłoby mi to sporo frajdy, gdybym mógł wrócić do korzeni mojej działalności biznesowej.

To znaczy, że przed giełdowym ATM-em prosta ścieżka rozwoju się zakończyła?

- Przeciwnie. W ATM-ie nastąpiły ostatnio bardzo ważne zmiany. Pierwszą było wydzielenie z ATM działalności informatycznej, kontynuowanej dziś przez spółkę Atende, całkowicie niezależnie od ATM. Integracja systemów informatycznych musiała być odłączona ze względu na to, że część informatyczna naszej działalności była przez naszych potencjalnych klientów traktowana jako konkurencja. Nasza oferta w zakresie transmisji danych, a także, a może przede wszystkim, w zakresie usług centrów danych, jest kierowana między innymi do klientów z sektora informatycznego: głównie integratorów systemów informatycznych i dostawców oprogramowania.

Trudno było przypuszczać, żeby firmy informatyczne chciały od potencjalnego konkurenta kupować usługi centrów danych. Ważną przyczyną wydzielenia ze spółki działalności informatycznej był też zupełnie inny charakter tego biznesu, znacznie bardziej koniunkturalnego, mniej przewidywalnego, narażonego na fluktuacje popytu, który zaburzał postrzeganie ATM jako firmy bezpiecznej, gwarantującej stabilny wzrost. Nie bez znaczenia była także perspektywa prawdopodobnej konsolidacji rynku, w których ATM chciał być aktywnym uczestnikiem. Wraz z częścią informatyczną, przy istniejącym dualizmie, niejednorodności biznesu, było to bardzo utrudnione.

Inne zmiany?

- Drugą istotną zmianą w ATM-ie było rozpoczęcie działalności związanej z centrami danych. Spółka bardzo zdecydowanie rozpoczęła budowę nowoczesnych serwerowni, w których oferuje usługi kolokacyjne, czyli instalacji sprzętu informatycznego i telekomunikacyjnego swoich klientów w warunkach gwarantujących ich bezpieczne, nieprzerwane działanie. W usługach związanych z centrami danych spółka w tej chwili widzi największe możliwości rozwoju i  dynamicznego wzrostu osiąganych wyników finansowych oraz wzrostu wartości dla akcjonariuszy. Swoją ofertę plasuje na rynku, który - ze względu na zmiany w technologiach informatycznych – postrzegany jest, jako rynek o bardzo dużym potencjale wzrostu.

Ten potencjał jesteśmy w stanie obsłużyć dzięki zdecydowanym inwestycjom, największym w Polsce,  w nowe serwerownie. Dzięki temu będziemy w stanie umocnić dominującą pozycję w kraju jako operatora centrów danych i z powodzeniem powalczyć o klientów z zagranicy, dla których Warszawa staje się coraz bardziej atrakcyjną alternatywą dla dużych ośrodków centrodanowych, jak Frankfurt, czy Amsterdam.

Tworzony potencjał sprzedaży usług kolokacyjnych pozwoli w krótkim czasie podwoić ATM przychody i zyski operacyjne oraz zwielokrotnić zysk brutto i netto w stosunku do stanu obecnego.  Od wydzielenia ze spółki części informatycznej cena akcji ATM i wartość spółki wzrosła trzykrotnie. Dalszy wzrost jest tylko kwestią czasu.

A więc, wracając do pytania, „prosta ścieżka rozwoju" dla ATM na pewno się nie skończyła. Stoją przed firmą ciekawe, ekscytujące wyzwania . ATM będzie uczestniczyć w rodzących się na świecie i w Polsce zmianach w sposobie funkcjonowania informatyki, przenoszenia się usług informatycznych z zasobów lokalnych do „chmury obliczeniowej", które będą realizowane w oparciu o profesjonalne, świetnie do tego przygotowane centra danych. Jesteśmy uczestnikiem tych zmian, jako jeden z ich prekursorów, realizatorów i beneficjentów. To jest ścieżka rozwoju jasna, pełna szans, ale na pewno nie jest prosta, a na pewno nie nudna...

Rynek centrów danych wraz z usługami kolokacji i hostingu szacowany jest na 1 mld zł. Całkowite Przychody ATM wynoszą około 130 mln zł, a pan mówi o pozycji dominującej.

- ATM dominuje na rynku usług kolokacyjnych, ponieważ jest nie tylko największą spółką w tej branży, ale ma także największy potencjał wzrostu oferty w oparciu o aktualnie realizowane inwestycje. Ranking firm można tworzyć na podstawie różnych kryteriów. Biorąc pod uwagę wielkość wynajętej powierzchni kolokacyjnej, wielkość powierzchni oferowanej, czy przychodów z usług kolokacyjnych. Niezależnie od przyjętego kryterium, ATM jest największą firmą tego typu w Polsce. Chociaż trzeba przyznać, że rynek jest dość rozdrobniony, ponieważ, w zależności od przyjętego kryterium, nasz udział w rynku usług centrów danych w Polsce oceniany jest na 12-20 proc..

Potencjał wzrostu rynku centrów danych szacowany jest według różnych raportów na 17-20 proc. rocznie. Przy czym warto zauważyć, że w publikowanych prognozach wzrost ten jest obliczany na podstawie przewidywanego wzrostu powierzchni kolokacyjnej w centrach danych deklarowanego przez poszczególne firmy oferujące usługi kolokacyjne. Według takiego kryterium, obsługiwany przez ATM rynek powinien wzrosnąć w ciągu najbliższych 2 lat aż 3-krotnie... Z pewnością nie jest to estymacja przekonująca, gdyż niezwykle trudno jest oszacować dynamikę wzrostu popytu na usługi kolokacyjne zarówno klientów krajowych jak i zagranicznych, ale pokazuje jakie szanse i wyzwania leżą w zasięgu ATM.

W jakiej części jest dziś zapełniona powierzchnia kolokacyjna ATM?

- Ze względu na prowadzone inwestycje, średnie procentowe zajęcie jest relatywnie nieduże. We wszystkich gotowych obiektach mamy wypełnienie 58 proc.. Nowe serwerownie są jeszcze kontraktowane, podczas gdy starsze są wypełnione po brzegi. Co do zasady budujemy nowy budynek serwerowni dopiero wtedy, gdy poprzedni w danej lokalizacji jest już zakontraktowany co najmniej w 70 proc.. Tę strategię inwestycyjną staramy się konsekwentnie stosować. W tym roku nieco przyspieszyliśmy, ponieważ musimy w terminie zakończyć inwestycję realizowaną przy wsparciu środków unijnych. Musimy zakończyć ten projekt w połowie 2015 roku.

Jakie jest podejście ATM do usług hostingu?

- Wszystkie usługi związane z centrami danych są z całą pewnością perspektywiczne. Usługi centrodanowe, które my świadczymy, są usługami najniższego poziomu: specjalizujemy się w kolokacji, czyli naszą domeną jest zaoferowanie odpowiedniej infrastruktury technicznej dla tych firm, klientów, którzy chcą zainstalować swój system informatyczny w bezpiecznym środowisku, zapewniającym jego niezakłócone, nieprzerwane działanie. Takimi klientami mogą być także firmy informatyczne, które świadczą usługi centrów danych na poziomach wyższych z punktu widzenia zastosowania technologii informatycznych: między innymi hostingu. Ale także bardziej złożonych usług określanych bardzo szerokim mianem usług informatycznych „w chmurze" jak udostępnianie sprzętu, systemu operacyjnego lub konkretnej aplikacji w modelu usługowym. Mówimy wtedy o usługach typu „infrastructure as a service" (IaaS), „platform as  a service" (PaaS), czy „application as a service" (AaaS).

ATM świadczy usługę, którą można zakwalifikować jako „IaaS", polegającą na wydzierżawieniu klientom serwerów, łącznie z niezbędną mocą operacyjną, przestrzenią dyskową, ulokowaną w bezpiecznym środowisku naszych centrów kolokacyjnych. Jest to usługa, która się bardzo szybko rozwija (przychody rosną o kilkaset procent rok do roku), natomiast jej skala w stosunku do całości usług kolokacyjnych jest relatywnie niewielka.

Co do zasady nie chcemy rozwijać usług w chmurze wyższego poziomu, począwszy od IaaS po AaaS, aby nie konkurować z naszymi potencjalnymi klientami. Chcemy się specjalizować w usłudze kolokacyjnej kierowanej do firm informatycznych i integratorskich, które tego typu usługi potrafią efektywnie oferować i sprzedawać, jednocześnie korzystając z naszej infrastruktury technicznej.

Mam wrażenie, że niechętnie świadczycie usługi hostingu dla małych i średnich firm.

- Nieprawda, że niechętnie. Usługa eco-server jest właśnie ofertą kierowaną dla takich przedsiębiorstw. Jednak chętnie współpracujemy z partnerami, którzy są w stanie tego typu usługi oferować małym i średnim przedsiębiorstwom, a korzystają z naszej usługi kolokacyjnej. Jest to dla nas rozwiązanie w pełni satysfakcjonujące. Niekoniecznie trzeba robić wszystko.

Jednego partnera, który odpowiadałby za hosting teraz nie macie?

- Nie. Usługi hostingowe sprzedajemy bezpośrednio jako ATM. Jeśli jednak taki partner do nas trafi, to jesteśmy w stanie podzielić się biznesem. Priorytetem dla nas jest udostępnianie powierzchni kolokacyjnej. W tym kierunku prowadzone są nasze najważniejsze inwestycje i tu widzimy największy potencjał wzrostu. Potencjalny, niewidoczny jeszcze, popyt na usługi kolokacyjne w Polsce jest bardzo duży. Wynika  między innymi z niewielkiego zainteresowania w Polsce outsourcingiem IT, który jest kilkakrotnie mniejszy niż w krajach o większych tradycjach w optymalizacji zarządzania infrastrukturą IT. Ale obserwujemy także w Polsce wzrost zainteresowania outsourcingiem IT, a jego przejawem będzie wzrost zainteresowania usługami kolokacyjnymi.

Nie chcecie państwo konkurować usługami w chmurze, choć jego potencjał jest tak duży...

- Właśnie. Potencjał jest ogromny. Mówi się, że za kilka lat usługi informatyczne i oprogramowanie będą kupowane wyłącznie jako usługa, która będzie uruchamiana nie u klienta, tylko u dostawcy oprogramowania. Jest rzeczą oczywistą, że zapotrzebowanie na serwerownie, usługi kolokacyjne będzie bardzo szybko rosło.  Jak szybko – tego powiedzieć jeszcze nie potrafimy.

A co z konkurencją na rynku kolokacji?

- W Polsce realizowane są nowe inwestycje w nowe centra danych, aczkolwiek nie ma ich zbyt wiele. W samej Warszawie, która jest naszym głównym rynkiem, dużych inwestycji w infrastrukturę pod usługi kolokacyjne nie ma. Przy realizacji większych projektów, polegających na zaoferowaniu powierzchni pod kilkadziesiąt i więcej szaf kolokacyjnych – w okolicach Warszawy jesteśmy jedynym oferentem.

Migracja telekomów, w tym grupy Zygmunta Solorza-Żaka poza Warszawę (ma w Grodzisku własną serwerownię) jest istotna dla wyników ATM?

- Jedyny negatywny wpływ na ATM tej decyzji telekomu jest taki, że nie udało nam się namówić firmy Polkomtel, żeby skorzystał z naszej usługi. Nie straciliśmy klienta, ale żałuję, że go nie pozyskaliśmy. Czy będziemy konkurować – czas pokaże.  Obecnie to operatorzy telekomunikacyjni i firmy sektora finansowego odpowiadają za większość naszych przychodów. Jednakże występują wyraźne trendy, z których wynika, że ich udział maleje na korzyść firm mniejszych: małych i średnich przedsiębiorstw, dla których IT i telekomunikacja, to nie biznes podstawowy, tylko wspomaganie działalności podstawowej.

ATM mówi o konsolidacji rynku. Jak by pan sobie ją wyobrażał?

- Najbardziej prawdopodobny scenariusz, którego realizacji można spodziewać się w ciągu kilku lat, to wejście do Polski dużych globalnych firm oferujących usługi kolokacyjne. Wreszcie dojdą do wniosku, że ten rejon Europy daje szanse na szybki rozwój tego biznesu. Chcąc szybko wystartować w Polsce będą zainteresowani przejmowaniem spółek funkcjonujących już na rynku i konsolidacją mniejszych podmiotów.

A co z budowaniem grupy wokół ATM przez przejęcia?

- W tej chwili nie mamy planów przejmowania mniejszych podmiotów. Wynika z to z koncentracji środków finansowych na projektach związanych z budową nowych własnych serwerowni i zaoferowaniu klientom dużej ilości wolnej powierzchni o wysokim poziomie technicznym. Gdybyśmy jednocześnie starali się przejmować inne firmy, wysiłek inwestycyjny byłby trudny do udźwignięcia, a efektywność tych działań mniejsza. Nie przewidujemy też obecnie przejęć firm z naszej branży poza Polską. Będziemy się starali oferować usługi kolokacyjne klientom zagranicznym, ale w oparciu o nasze centra danych zlokalizowane w kraju.

Czemu ci giganci, o których pan mówi nie weszli jeszcze do polski?

- Myślę, że traktują ciągle jeszcze tą część Europy jako region, który charakteryzuje się niską penetracją usług centrów danych i IT. Niedojrzały, który nie złapał wiatru outsourcingowego w żagle. To zainteresowanie jednak rośnie. Świadczą o tym chociażby takie zamierzenia inwestycyjne, jakie planowała Innova.

Spodziewa się pan wzrostu konkurencji w segmencie kolokacji ze strony operatorów telekomunikacyjnych?

- Na świecie operatorzy telekomunikacyjni nie są typowym dostawcą usług kolokacyjnych. Dominuje model, w którym jedne firmy są operatorami centrów danych, a inne operatorami telekomunikacyjnymi, odpowiedzialnym za transmisję danych. Zgodnie z tym modelem, czasem operatorzy telekomunikacyjni wręcz starają się oddzielić działalność kolokacyjną od transmisyjnej.

Taką próbę podziału przeprowadził na przykład dwa lata temu GTS, powołując spółkę CE Colo. Miała ona połączyć biznes kolokacyjny we wszystkich krajach działalności GTS, aby oddzielić ją od części transmisyjnej. Teraz będę się przyglądał z zainteresowaniem, co z CE Colo zrobi T-Mobile, nowy właściciel GTS. Będzie to być może sygnał co do trendów w zakresie „kolokacji i transmisji: razem czy osobno" - w naszej części świata.

Na razie uważamy, że w Polsce rozdzielenie usług transmisyjnych od kolokacyjnych nie jest korzystne z punktu widzenia efektywności biznesu. Znakomita większość klientów oczekuje, że ten sam podmiot zaoferuje im obie usługi. Jeśli jednak trendy światowe będą wymuszały zmiany na naszym rynku, trzeba będzie się zastanowić, czy nie oddzielić w przyszłości części transmisyjnej od kolokacyjnej także w ATM-ie.

Trudno zrozumieć, dlaczego operatorom nie pasuje posiadanie w grupie tych dwóch części.

- To nie od operatorów zależy, tylko od ich klientów. Myślę, że w przyszłości także w Polsce, modelem dominującym może być model, w którym centrum kolokacyjne działa na zasadzie neutralności, to znaczy jest „operator independent". Do takiego centrum danych może doprowadzić swoje łącza dowolny operator telekomunikacyjny, a klient decyduje, komu chce płacić za transmisję. Takie wymogi klienci stawiają dostawcom na świecie. U nas nie jest to jeszcze dominujący trend. Mimo to, nasze centrum danych Thinx Poland działa właśnie na zasadzie „operator independent": podłączonych jest do niego kilkudziesięciu operatorów telekomunikacyjnych.

Czyli powoli odchodzicie od modelu łączącego kolokację i usługi transmisji danych.

- Przygotowujemy się do ewentualnych zmian w podejściu klientów. Thinx Poland jest tym miejscem, w którym niezależność operatorską eksponujemy. Co wcale nie znaczy, że większość klientów, którzy tam korzystają z usługi kolokacyjnej, nie korzysta również z naszej usługi transmisyjnej. Sama możliwość wyboru jest bardzo ważna. Natomiast nie decydujemy się teraz i na pewno nie zdecydujemy się w ciągu najbliższego roku czy dwóch na rozdzielenie biznesu kolokacyjnego i transmisyjnego. Dziś połączenie tych kompetencji jest nadal zaletą, a nie wadą.

Rynek transmisji danych toczy walkę cenową. Czy ona się pogłębia?

- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. W naszych przychodach z usług transmisji danych, w tym usług dostępu do Internetu, obserwujemy w tym roku lekkie wzrosty. Mimo że w ATM-ie w tej części przychodów nie mieliśmy zapaści, to dynamika wzrostu była znacząco niższa niż w przypadku usług kolokacyjnych. Największe kłopoty mieliśmy z przychodami z usług dostępu do Internetu. Ale i w tej dziedzinie sytuacja wydaje się stabilizować i na początku roku zanotowaliśmy niewielkie wzrosty. Mam nadzieję, że ta tendencja będzie dominowała w ciągu całych 12 miesięcy tego roku.

Dzięki czemu?

- Przede wszystkim poprzez zwiększenie udziału w sprzedawanych usługach małych i średnich przedsiębiorstw. Takich firm, gdzie usługa jest bardziej zindywidualizowana, gdzie jesteśmy w stanie dostarczyć produkt szyty na miarę klienta, a w związku z tym, bardziej go wiąże z usługodawcą.

Broniąc się przed zakusami ING na wysoką dywidendę ATM podał, że aby ją wypłacić musiałby się zadłużyć do niebezpiecznego poziomu.

- Tak, bo prowadząc dzisiejsze inwestycje, spółka jest już znacznie zadłużona.

Co to oznacza?

- To oznacza, że ATM prowadzi swoje inwestycje i planuje przepływy finansowe tak, aby nie przekroczyć zadłużenia powyżej trzykrotności zysku EBITDA. Jest to poziom, który uznawany jest w tej branży jako bezpieczny i akceptowany przez banki. ATM ma jeszcze niewielki margines bezpieczeństwa dla zwiększenia zadłużenia, ale przy wypłacie proponowanej przez ING OFE dywidendy niebezpiecznie zbliżyłby się do granicy zdolności kredytowej. A spółkę czeka jeszcze trudna pierwsza połowa 2015 r., gdzie wydatki w ramach kończonego projektu inwestycyjnego będą bardzo wysokie.

Ja rozumiem akcjonariuszy, którzy żądają wypłaty ze spółki wysokiej dywidendy, gdy spółka ma wolne środki finansowe leżące na koncie, a na dodatek nie ma atrakcyjnego planu rozwojowego, dla realizacji którego te środki mogą być niezbędne. Ale taki przypadek nie ma miejsca w ATM. My realizujemy bardzo intensywny, kapitałochłonny program inwestycyjny, o którym wszyscy akcjonariusze wiedzą i który gwarantuje znaczną poprawę wyników finansowych w przyszłości. Ten program inwestycyjny będzie zakończony, jak akcjonariuszom wiadomo, w połowie 2015 roku. Tylko w tym roku spółka na inwestycje przeznaczy ok. 65 mln zł, a jej zadłużenie wzrośnie o ok. 20 mln zł przy dywidendzie, którą zaproponowaliśmy Walnemu Zgromadzeniu. Dodatkowe jej  zwiększenie jest dla spółki trudne. Aby wypłacić wyższą dywidendę – musielibyśmy dodatkowo zadłużyć spółkę o 14 mln zł. Zagrożone byłoby dotrzymanie kowenantów w zawartych umowach kredytowych, być może zagrożony by był termin zakończenia inwestycji i tym samym otrzymanie dotacji unijnej na realizację tego projektu inwestycyjnego.

Czyli mówi pan inwestorom: poczekajmy rok.

- Dokładnie tak. Zapowiadam od dwóch lat, że do 2015 r. mamy poważny program inwestycyjny, który chcemy zrealizować, żeby w znaczący sposób zwiększyć wyniki finansowe spółki oraz jej wartość. A po 2015 roku spółka będzie spełniać słuszne oczekiwania akcjonariuszy, aby się z nimi zyskami dzielić. Ale nie w tym momencie. Propozycja ING OFE nie jest więc, moim zdaniem, propozycją dobrą dla spółki.

Myśli pan, że ING, który dokupywał akcji w czasie wezwania, teraz jest rozczarowany?

- Nie wiem. Raczej postrzegałbym propozycję podwyższenia dywidendy jako wynik realizacji strategii inwestycyjnej OFE, polegającej na tym, aby z każdej ze spółki portfelowej wypłacić jak najwyższą dywidendę. Rozumiem potrzeby akcjonariusza. Ale staram się przekonać wszystkich akcjonariuszy, nie tylko siebie samego, że warto poczekać.  Pieniądze nie zginą i nie zostaną zmarnowane. Zysk zatrzymany w spółce zostanie akcjonariuszom wypłacony w przyszłości z nawiązką.

Mówimy o dalszej przyszłości, a jakimi wynikami ATM może zakończyć 2014 rok?

- Wzrosty będą na pewno, podobnie jak w latach minionych. Rok 2001 był jedynym w historii ATM, gdy spółka przyniosła straty. Zostaliśmy wtedy doświadczeni przez pęknięcie banki internetowej – jeszcze jako integrator systemów informatycznych.  Obecnie, jako operator centrów danych i operator telekomunikacyjny, z roku na rok, z kwartału na kwartał ATM notuje systematyczny wzrost wyników finansowych. Jest on czasem mniejszy, czasem większy. W 2014 r. nie jest możliwe, aby nastąpiło odwrócenie tego trendu. Dynamika wzrostu zależy od wielu czynników, które materializują się w ciągu roku i zależą głównie od tempa komercjalizacji powierzchni kolokacyjnej.  Można spodziewać się przy tym utrzymania rentowności EBITDA, która wynosi 32-33 proc. i rentowności marży na sprzedaży rzędu 60 proc.

Dziękujemy za rozmowę.