Zandberg w rozmowie z radiową Trójką ocenił, że kryzys na granicy polsko-białoruskiej jest daleki od rozwiązania. - Trzy miesiące temu, kiedy panowie ministrowie przyszli do Sejmu, zwrócili się z prośbą o to, żeby Sejm ustanowił stan wyjątkowy, to usłyszeliśmy obietnicę, że to jest narzędzie, przy pomocy którego w krótkim czasie, w ciągu czterech tygodni, rząd będzie w stanie opanować sytuację we wschodnim pasie granicznym. Niestety, to czego nie usłyszeliśmy wtedy, to jak właściwie wprowadzenie stanu wyjątkowego ma w tym pomóc. I to było nasze podstawowe zastrzeżenie. Stan wyjątkowy jest bronią atomową, którą ma państwo i tej broni atomowej należy używać, wtedy kiedy faktycznie tylko w ten sposób i przy pomocy tej broni można realnie coś zdziałać. Nie usłyszeliśmy wtedy sensownego uzasadnienia, które by uprawdopodobniałoby, że ten stan wyjątkowy pomoże. No nie pomógł. Potem przyszedł pan minister raz jeszcze do parlamentu i poprosił o przedłużenie stanu wyjątkowego. No i wszyscy widzimy, że dzisiaj, po tych miesiącach, sytuację trudno uznać za opanowaną - mówił poseł Lewicy.

Zdaniem polityka Razem zaproponowana niedawno nowelizacja ustawy o granicy państwowej „tak naprawdę przedłuża raz jeszcze stan wyjątkowy bocznymi drzwiami”. - Tylko cały czas nie ma odpowiedzi na pytanie co nie zadziałało, czyli dlaczego sytuacja nie została opanowana - zauważył.

Czytaj więcej

Ograniczenia na granicy mogą zostać bez stanu wyjątkowego

- Problem z tym, że rząd nie opanował sytuacji na granicy, nie wynika z charakteru debaty publicznej w Polsce - powiedział, nawiązując do krytyki opozycji ze strony polityków PiS. - Wynika z tego, że nie zostały ucięte u źródła przyczyny tego kryzysu. One są dwojakie - tłumaczył, zwracając uwagę, że „cały czas jeszcze, choć szczęśliwie już w trochę mniejszej skali, przylatują na Białoruś samoloty” z migrantami. - Druga sprawa jest taka, że nie zostały wykorzystane takie poważniejsze narzędzia, którymi Polska dysponuje, żeby tę sytuację zmienić. I to jest dla mnie największy znak zapytania - dlaczego polski rząd żąda stanu wyjątkowego, a jednocześnie twierdząc, że sytuacja ma charakter dużej skali zagrożenia integralności Polski, nie wykorzystuje narzędzi oczywistych- stwierdził. 

- Na Łukaszenkę wpływ mają dwa kraje. Jeden z tych krajów to jest Rosja, ale (...) to, że Rosja ma wpływ, to nie znaczy, że wpłynie na tę sytuację w jakikolwiek sposób uspokajając ją. To jest jasne i oczywiste, więc tam nie ma czego szukać. Ale jest drugi kraj, który ma istotny wpływ na to, co zrobi Białoruś. Tym krajem są Chiny. I otóż Polska ma w ręku od wielu miesięcy potężną kartę przetargową - wyjaśniał Zandberg, oceniając, że Polska może zamknąć kolejowe przejście graniczne w Małaszewiczach. - Dla Chińczyków kluczowa zupełnie sprawa to jest Inicjatywa Pasa i Szlaku, czyli transport w dużym stopniu kolejowych do Europy. Ten transport idzie przez terminal w Małaszewiczach, który znajduje się całkowicie pod polską kontrolą. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby choćby ze względu na konieczne remonty ten terminal został zamknięty, albo przynajmniej żeby władze chińskie zostały poinformowane o tym, że w tej zaostrzającej się sytuacji ten terminal może zostać zamknięty - proponował.

- Słyszę od wielu tygodni, żeby nie powiedzieć miesięcy, że znajdujemy się w stanie zagrożenia zbliżonym do wojny. Ja słyszę, że powinniśmy wydać na budowę zapory, która powstanie w dodatku (...) nie za tydzień, nie za miesiąc, tylko pewnie za rok, olbrzymie pieniądze - mówimy o ponad miliard złotych. Więc nikt nie przekona mnie, że w takiej sytuacji należy używać istotnych narzędzi nacisku ekonomicznego. Istotnych także dlatego, że mających szansę na jakiekolwiek powodzenie - podsumował Adrian Zandberg.