Rz: Czy sądzi pan, że chińskie inwestycje w Europie są nieuniknione?

Laurent Ruessmann: Tak uważam i nie widzę w tym zagrożenia. Każda inwestycja, obojętne z jakiego kraju pochodzi, powinna być analizowana przede wszystkim pod kątem gwarancji wzrostu liczby miejsc pracy. Dlatego radzę chińskim firmom: nie porywajcie się na wielkie przedsięwzięcia – takie, żeby w mgnieniu oka odnotować wzrost od zera do 100. To być może uda się w Stanach Zjednoczonych, ale nie w Europie. Przestrzegam i władze, aby nie windowały zachęt inwestycyjnych, bo to jest szkodliwe.

Czy zna pan przypadki nieudanych chińskich inwestycji?

Bardzo często słyszę obawy, że chińscy inwestorzy nie będą dbać o przejmowane firmy, bo zależy im jedynie na wydobyciu zaawansowanych technologii, wywiezieniu ich do kraju. Albo że popsują markę. Tak może być z każdym inwestorem. Jedyny przypadek, jaki mi utkwił w pamięci, to przejęcie przez tajwańskiego BenQ części Siemensa zajmującej się produkcją telefonów komórkowych. Kiedy podpisywano umowę inwestycyjną, Tajwańczycy zobowiązali się utrzymać zatrudnienie na poziomie 3 tys. osób przez rok. I tak zrobili. Potem firma została zlikwidowana.

W Polsce mamy przypadek chińskiej firmy budowlanej Covec, która miała początkowo kłopoty z dostawcami, a potem przestała im płacić. W efekcie umowa jest zerwana, inwestycja rozgrzebana i nie wiadomo, kto ją dokończy. Czy słyszał pan o takich przypadkach?

Słyszałem. Przyczyny takich porażek są dwojakie. Po pierwsze, europejscy przedsiębiorcy obawiają się ostrej chińskiej konkurencji. Wiedzą, że pojawi się nacisk na ceny, boli ich to, że muszą konkurować z Chinami nie tylko na świecie, ale i coraz częściej na własnym gruncie. Taki rozwój sytuacji przepełnia ich ogromnym niepokojem, więc niechętnie współpracują z Chińczykami. Po drugie, są to typowe „bóle dojrzewania", które wcześniej czy później się zakończą.

-rozmawiała Danuta Walewska