Chłodne lato i spowolnienie gospodarcze zaszkodziły ubiegłorocznym wynikom należącej do pana spółki Lodziarnie Firmowe?
Rok 2011 był kiepski rok dla branży, ale mojej firmie, jako jednej z nielicznych, udało się zwiększyć obroty. W ubiegłym roku, kolejny rok z rzędu, nasza sprzedaż urosła o kilkanaście procent. To efekt, m.in. otwarcia kilkunastu nowych lodziarni, ciągłej pracy nad poprawą oferty i jakości obsługi w lokalach, a równocześnie poszerzenia oferty sorbetów i ich kampanii reklamowej oraz wprowadzenia lodów w małych opakowaniach z łyżeczką, co pozwoliło nam umocnić się na pozycji lidera rynku familijnych lodów premium.
Czy, zgodnie z zapowiedziami, w 2011 r. liczba lodziarni Grycan przekroczyła 100?
Tak, nasza sieć jest największa w Polsce. Jesteśmy także coraz silniejsi w kanale gastronomicznym. Lody dostarczamy do najbardziej prestiżowych hoteli w Polsce.
Otworzycie w tym roku kolejne lodziarnie? Ile ich przybędzie?
Będziemy nadal rozwijać sieć nie tylko w tym roku, ale także w kolejnych latach. Podpisaliśmy już umowy na otwarcie lokali, m.in. w powstającym centrum handlowym na dworcu kolejowym w Katowicach oraz w Poznaniu. Mamy kilka lodziarnio-kawiarni, do których wchodzi się wprost z ulicy. Nie zamierzamy jednak skupiać się na zwiększaniu ich liczby. Kluczowe są dla nas lokale w centrach handlowych, gdzie lody kupuje się także zimą, gdy ich sprzedaż jest generalnie niższa. Niestety, Polacy, w przeciwieństwie do mieszkańców wielu krajów Europy, nadal lody jedzą głównie latem. Aby zmniejszyć wpływ sezonu zimowego, oferujemy w naszych lodziarniach także desery, kawy i herbaty.
Zamierzacie otwierać lodziarnie Grycan także za granicą?
Tak, pierwszą lodziarnię otworzymy w czeskiej Pradze. Mamy już podpisany list intencyjny z rozbudowywaną tam galerią. Nie wykluczamy, że takich zagranicznych lodziarni będzie więcej. Mamy dużo zapytań od firm zainteresowanych współpracą z nami i to nie tylko z krajów ościennych. Eksport lodów przy istniejącej dziś technologii nie stanowi problemu.
Będziecie eksportować też lody pakowane?
Nie wykluczamy tego w przyszłości. Nie chcemy jednak robić tego w pośpiechu i chaotycznie. Budujemy struktury, które miałby zająć się sprzedażą zagraniczną.
Planujecie pozyskać inwestora lub wejść na giełdę?
Chcemy być firmą rodzinną. Mamy dobrą sytuację finansową, dzięki czemu możemy bez problemu pozyskać dodatkowe pieniądze z na rozwój, gdybyśmy ich potrzebowali. Upublicznienie akcji czy pozyskanie inwestora nie jest nam potrzebne.
W tym roku mija 50 lat od otwarcia przez pana pierwszej lodziarni. To moment na przekazanie sterów?
Mógłbym iść na emeryturę, ale nie widzę siebie leżącego pod palmami. Mam w dalszym ciągu pieczę nad całą firmą i opracowuję dla niej strategię. Mogę być na drugim końcu świata, ale zawsze mam z nią kontakt. Od ponad 30 lat w prowadzeniu firmy pomaga mi żona Elżbieta.
Angażują się także moje córki. Małgorzata, absolwentka Szkoły Głównej Handlowej, odpowiada za sieć lodziarni. Magdalena, jej siostra bliźniaczka, która ukończyła romanistykę, pomaga nam także od czasu do czasu. Równocześnie, od dwóch lat zatrudniamy dyrektora generalnego. Jest nim Marcin Snopkowski związany od wielu lat z branżą lodową.
Kiedy po sprzedaży Zielonej Budki, wystartował pan z marką Grycan – Lody od pokoleń, mocną pozycję miały już międzynarodowe koncerny. Nie obawiał się pan rywalizacji z nimi?
Wątpliwości oczywiście się pojawiły. Jeden z kolegów z branży zapytał mnie co ja robię, skoro lody są nawet w kiosku z gazetami. Oczywiście w biznesie nie można bać się ryzyka. Zawsze jednak wierzyłem w siebie, a przede wszystkim w wysoką jakość mojego produktu.
To pana motto biznesowe?
Na rynku spożywczym nie da się nikogo oszukać. Konsument bardzo szybko weryfikuje jakość produktów. Jeżeli mu nie smakują lub uzna, że są słabej jakości to ich, po prostu drugi raz nie kupi. Ojciec, który był także cukiernikiem, wpajał mi od najmłodszych lat, że lody musza być dobre, wówczas klient zawsze wraca. Dużo nauczyłem się także praktykując w cukierni w warszawskim hotelu Bristol. Pracowali tam najlepsi przedwojenni cukiernicy, a szefem był zdobywca wielu międzynarodowych nagród Stanisław Kowalski, który później został moim teściem.
Można utrzymać wysoką jakość produkując na masową skalę?
Zatrudniam odpowiedzialnych ludzi, część z nich pracowała ze mną jeszcze w Zielonej Budce i zna dobrze standardy, którymi się kieruję. W sumie w naszej firmie, łącznie z lodziarniami, pracuje ok. 1,2 tys. osób. Nie unikniemy huśtawki cen surowców, ale chcąc robić dobry produkt nie można zmieniać receptur. Oszczędności trzeba szukać gdzie indziej, czyli upraszczając: gasząc każdą niepotrzebną żarówkę. Nie używamy substytutów czy gotowych półproduktów. Nasze lody niezmiennie produkujemy ze śmietanki kremówki, żółtek jaj oraz bakalii i owoców. Sami wypiekamy rurki i ciasta. U nas nadal, co szokuje wiele osób, ręcznie obiera się owoce czy wyciska sok z cytryn.
Drożejące surowce szkodzą zyskom firmy?
Oczywiście liczmy się z tym, że bycie wiernym obranej strategii oznacza, że nasza marża może zmaleć. Mogę jednak zagwarantować, że nasza firma przynosi zyski. Jak już mówiłam, tniemy koszty związane z z jej prowadzeniem, poza tymi pracowniczymi.
Sytuacja gospodarcza nie sprzyja podnoszeniu cen?
W tym roku ujednoliciliśmy ceny we wszystkich naszych lodziarniach do poziomu 2,5 zł za kulkę lodów. To pierwsza zmiana od trzech lat. Nadal jest to jednak cena niższa niż ta, którą ma wielu naszych konkurentów.
Czego nauczyło pana zarządzanie Zieloną Budką? Wspominał pan kiedyś, że zbyt szybko oddał w niej kontrolę zarządowi i radzie nadzorczej?
Prowadzenie Zielonej Budki nauczyło mnie pokory. Wychodzę z założenia, że człowiek uczy się całe życie. Działalność biznesowa to nie tylko pasmo sukcesów. Jako znacznie trudniejsze momenty w mojej karierze wspominam jednak te związane z prowadzeniem firmy w okresie PRL.
Dlaczego?
Władza nakładała na rzemieślników wysokie podatki, robiła rewizje. Milicjanci szukali cukru nawet za książkami na regałach. W latach 50., zanim rozpocząłem prowadzenie własnej firmy, lodziarnię we Wrocławiu prowadzili moi rodzice. Pamiętam scenę, gdy siedzimy na drewnianych skrzynkach po jajkach, bo poborca skarbowy zabrał nam nawet krzesła. To były siermiężne czasy. Ale z drugiej strony, okazywało się jednak, że Polak potrafi i rzemiosło wtedy kwitło. Ponadto był to rynek producenta, bo konsumenci byli gotowi kupić wszystko, co pojawiło się na rynku.
A dziś co, pana zadaniem, blokuje rozwój przedsiębiorczości w Polsce?
Największy problem to biurokracja. Zbyt długo trwa zdobywanie pozwoleń na rozpoczęcie budowy, zbyt wolno działają też sądy gospodarcze. A przecież przy tak dużej konkurencji na rynku, czas dla przedsiębiorców jest kluczowy. W przypadku przepisów sanitarnych oraz ich egzekwowania jesteśmy niekiedy bardziej wymagający niż wiele krajów Europy Zachodniej.