To one będą liderami największych programów zakładających wyposażenie wojska w nowy sprzęt. Zarzuty, iż wprowadzenie polskich przemysłowych liderów modernizacji to rodzaj szczególnego, polskiego protekcjonizmu, odpiera Sławomir Kułakowski, prezes Polskiej Izby Producentów na rzecz Obronności Kraju. – To mniej lub bardziej kamuflowana, ale powszechna praktyka w Europie. Bo też obszary bezpieczeństwa i państwowych zamówień zawsze miały wyjątkowy charakter, co znalazło odzwierciedlenie nawet w traktatach UE – mówi Kułakowski.
Waldemar Skrzypczak, wiceminister obrony narodowej ds. modernizacji sił zbrojnych, oczekuje od przyszłych przemysłowych partnerów, iż zajmą się integrowaniem wokół strategicznych projektów podwykonawców zagranicznych i wprowadzaniem pozyskiwanych nowych technologii.
Rodzimy lider ma więc koordynować największy i najpilniejszy obecnie, zaplanowany na dziesięć lat program budowy przeciwlotniczej i przeciwrakietowej tarczy. Sama rakietowa część przedsięwzięcia ma wartość ok. 15 mld zł.
– Rozmawiamy z Bumarem, naturalnym w tej dziedzinie partnerem MON – przyznaje wiceminister Skrzypczak. Wojsko chce mieć jednak pewność, że narodowy koncern zbrojeniowy – największy z krajowych graczy, o zeszłorocznych przychodach na poziomie 3 mld zł – poradzi sobie z koordynacją wieloletnich kontraktów. Wiceminister Skrzypczak mówi jasno: – Uprzedziłem prezesa Bumaru, że musi przygotować struktury i menedżerów grupy do kompetentnego zarządzania długoterminowymi, trudnymi projektami, jeśli chce liczyć na najpoważniejsze wojskowe zlecenia.
– W biznesie zbrojeniowym liczą się nie tylko pieniądze. Stawianie na rodzimych producentów to jedyna droga, by realnie wzmacniać podstawy naszego bezpieczeństwa – odpowiada ministrowi prezes Bumaru Krzysztof Krystowski. – Jako główny dostawca wojskowego wyposażenia Bumar ma już doświadczenia, ale też zmieniamy się organizacyjne i kadrowo, aby sprostać szczególnym w tym wypadku oczekiwaniom armii – zapewnia szef zbrojeniowej grupy.
W tym tygodniu przedstawiciele MON są na Wybrzeżu. Szukają rozwiązań dla poprowadzenia w przyszłości dużych projektów morskich. – Ale rozpoczynamy od pokazania stoczniom żółtej kartki za zawalone kontrakty. Opóźnienia w realizacji niektórych remontów sięgają nawet sześciu miesięcy – mówi Skrzypczak. Przypomina, że przemysł stoczniowy, który chciałby w przyszłości uczestniczyć w budowie komponentów do zamawianych za granicą okrętów podwodnych (1,5 mld zł za jeden), wydaje się nie doceniać tego, że co roku może liczyć na pewne 90–120 mln zł z remontowych zamówień Marynarki Wojennej.
Kolejny program, do którego armia szuka przemysłowego lidera, związany jest z bezpilotowcami. Wojsko chce zamówić 82 rozpoznawcze drony, a część uzbroić w precyzyjne pociski, zmieniające bezzałogowe samoloty w broń uderzeniową. Wartość programu to 3 mld zł.
Na swoich liderów czeka już zaplanowany na 7 mld zł narodowy program pancerny. Przygotowywany jest też wieloletni projekt wyposażania armii w system BMS – informatycznego zarządzania polem walki.
– Zarówno do transporterów i czołgów, jak samochodów i innych wojskowych pojazdów, potrzebujemy 12 tys. silników różnych typów o mocy od 200 do 1200 koni – mówi Skrzypczak. W ekspresowym tempie powinien więc wystartować w kraju program produkcji nowoczesnych napędów. – W przetargu silnikowym wygra ten, kto zaoferuje największy zakres polonizacji importowanej technologii – oświadcza wiceminister.