fbTrack

Świat

Embargo Zachodu stało się dopingiem dla Chin

Myśliwce J-10 w bazie koło Tianjin. Chiny eksportują coraz więcej wysokiej jakości sprzętu wojskowego
AFP, Frederic J. Brown Frederic J. Brown
Chińczycy budują już tylko nieco gorsze od zachodnich myśliwce, łodzie podwodne i lotniskowce. Za to dużo tańsze. Dlatego podbijają one świat
Ćwierć wieku od masakry na placu Niebiańskiego Spokoju Unia Europejska i Stany Zjednoczone zastanawiają się, czy utrzymywanie przez tyle lat embarga na dostawy broni do Chin nie było strzałem do własnej bramki. Obowiązujące wciąż restrykcje zdopingowały bowiem Pekin do zbudowania przemysłu zbrojeniowego na światowym poziomie i sprzedaży jego wyrobów reżimom, które z pewnością nie są przyjazne dla Zachodu.
W ubiegłym roku Chińska Republika Ludowa po raz pierwszy dołączyła do elitarnego grona pięciu największych eksporterów broni na świecie, wyrzucając z tego klubu Wielką Brytanię – podał niedawno sztokholmski instytut SIPRI. Tylko w minionych czterech latach sprzedaż chińskiej broni konwencjonalnej skoczyła aż o 162 proc. – W oczach wielu krajów Chiny mają spore atuty wobec dostawców z USA czy Europy Zachodniej. Ceny broni są dużo niższe, jej jakość niewiele gorsza, a Pekin nigdy się nie pyta, jak będzie użyta – mówi „Rz" Paul Cornish z Królewskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych w Londynie.
I rzeczywiście, niewielu klientów Chin można zaliczyć do grona wzorowych demokracji przestrzegających prawo międzynarodowe. Największymi są Pakistan i Birma, a także Wenezuela, Algieria i Maroko. Szerokim strumieniem chińska broń wlewa się do Afryki. Jeszcze w 1996 roku stanowiła zaledwie 3 proc. uzbrojenia dostarczonego na Czarny Ląd, a dziś przejęła już 25 proc. udziałów. To jednak dane oficjalne, które nie odzwierciedlają całej prawdy. Chińską broń znaleziono w wielu miejscach, gdzie ze względu na obowiązujące embargo nie powinno jej być: w Somalii, Darfurze, Zimbabwe. Pekin się broni, twierdząc, że dostarcza sprzęt wojskowy zgodnie z regułami prawa międzynarodowego, ale potem nie ma już wpływu na to, kto będzie jego ostatecznym odbiorcą. – Sprzedajemy broń tylko wtedy, gdy służy obronie i nie wpływa na stabilność danego regionu – twierdzi Hong Lei, rzecznik chińskiego MSZ. Faktem jednak pozostaje, że z powodu chińskiej broni ani Unia, ani Ameryka nie są w stanie wygasić wielu konfliktów w Afryce. A jeśli już się one kończą, to nie w taki sposób, jak to sobie wyobraził Waszyngton i Bruksela. Z kolei w Azji dzięki współpracy z Chińczykami część tradycyjnych amerykańskich sojuszników, jak Pakistan, coraz bardziej uniezależnia się od Stanów Zjednoczonych. Gdy ćwierć wieku temu Rada UE i amerykański Kongres wprowadziły zakaz przekazywania Pekinowi nie tylko broni, ale także technologii, które mogłyby zostać wykorzystane przez wojskowych, wydawało się, że Chińczycy znaleźli się w potrzasku. Komunistyczny reżim zwrócił się wtedy o pomoc do Rosjan w nadziei, że Kreml, który jest zdecydowanie mniej wyczulony na przestrzeganie praw człowieka niż Unia czy USA, będzie realizować zamówienia chińskiego Ministerstwa Obrony. Tak się jednak nie stało. – Rosjanie nie chcieli, aby pod ich bokiem wyrosła groźna potęga wojskowa, i nigdy nie przekazywali sprzętu najnowszej generacji – tłumaczy Cornish. Chińczykom szczególnie zależało na bateriach obrony powietrznej S-400 zdolnych nawet wykryć w pewnych okolicznościach „niewidzialne" dla radarów myśliwce. Ale mimo wielokrotnych nacisków dostali tylko starsze, pochodzące z czasów sowieckich ich odpowiedniki (S-300). Podobnie było z innymi rodzajami sprzętu. Międzynarodowy bojkot okazał się jednym z głównych motorów bardzo szybkiej rozbudowy chińskiego przemysłu zbrojeniowego. Dziś kraj nie tylko opracował własne systemy rakietowe (HongQi/FD-2000), ale testuje także niewidzialne dla radarów myśliwce rodzimej produkcji (J-31). Do tej pory taki sprzęt byli zdolni zbudować tylko Amerykanie. Chińczycy przebudowali także rosyjski okręt na własny lotniskowiec – Liaoning. Jest on wyposażony w myśliwce chińskiej produkcji J-15. Mimo restrykcyjnej polityki Kremla przez pierwsze dwie dekady po rozpadzie ZSRR Chiny był zdecydowanie największym odbiorcą rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego, przejmując od jednej czwartej do połowy jego globalnych dostaw. Dla Rosjan, którzy wciąż pozostają drugim (po USA) największym eksporterem broni na świecie, bonanza na chińskim rynku się jednak skończyła. Pekin tak szybko zastępuje sprzęt z importu własną produkcją, że Moskwa wysyła już mniej niż jedną dziesiątą eksportu broni do południowego sąsiada – podaje Sipri. To zresztą problem wszystkich, którzy sprzedają sprzęt wojskowy Chińczykom: tylko w minionych czterech latach Republika Ludowa zredukowała jego import aż o 47 proc. W Europie Francuzi jako pierwsi mieli wątpliwości co do sensu utrzymywania embarga na dostawy broni dla Chin. Już w 2003 roku prezydent Jacques Chirac uznał, że ważniejsze od obrony praw człowieka są interesy komercyjne Paryża, czwartego co do wielkości eksportera broni na świecie. Ale do zniesienia embarga nigdy nie doszło przede wszystkim z powodu oporu Wielkiej Brytanii, która w tej sprawie uległa naciskom Stanów Zjednoczonych. Ameryka obawiała się, i wciąż się obawia, że transfer nowoczesnych technologii do Chin zaburzy równowagę sił w Azji Południowo-Wschodniej, a przede wszystkim bardzo utrudni Amerykanom wywiązanie się ze zobowiązań sojuszniczych wobec Tajwanu. Dziś staje się jednak jasne, że embargo niewiele tu pomogło. Światowy kryzys gospodarczy spowodował, że Chiny pozostają jednym z bardzo niewielu krajów, które stać na bardzo szybki wzrost wydatków na obronę. Sipri ocenia, że w ubiegłym roku Pekin wydał na ten cel 140 miliardów dolarów, dwa razy więcej niż Rosja, Wielka Brytania, Francja czy Japonia. Z roku na rok nakłady Chin na wojsko rosną o 13–15 procent. To tempo, na które absolutnie nie stać żadnej innej największej potęgi wojskowej świata. Ekspansja chińskiej produkcji broni nie tylko zagraża geostrategicznym interesom Zachodu. To także bolesny cios dla francuskich, brytyjskich czy niemieckich koncernów zbrojeniowych. Miały one nadzieję, że odbiją sobie cięcia w wydatkach na obronę we własnych krajach dzięki sprzedaży za granicą. Ale chińska konkurencja sieje takie spustoszenie, że w ciągu zaledwie pięciu lat udział Niemiec i Francji w globalnym rynku uzbrojenia spadł odpowiednio z 10 do 7 i z 9 do 6 proc. W kontaktach z Brukselą i Waszyngtonem Pekin wciąż domaga się zniesienia embarga. Ale to już bardziej rytuał niż realna potrzeba: Chińczycy stają się samowystarczalni. masz pytanie, wyślij e-mail do autora j.bielecki@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL