fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Nie zostawiajmy edukacji profesorom

archiwum prywatne
Umiejętności, które naprawdę przydają się w pracy zawodowej: komunikacji, współpracy, analizy, podejmowania decyzji, zarządzania własnym czasem, samodzielności, elastyczności, nie nabywa się na wykładach – narzeka publicysta
W debacie na temat edukacji wyższej pora skończyć z hipokryzją, że ogólnie jest nieźle, a będzie jeszcze lepiej, ewentualnie wystarczą drobne korekty, żeby Polska stała się potentatem innowacyjności i kreatywnego myślenia. Niestety, cały system jest skonstruowany tak, żeby promować przeciętniactwo i nie wystarczy zorganizowanie kilku konferencji ani nawet otwieranie kierunków we współpracy z biznesem, żeby sytuacja uległa poprawie. Tu potrzeba rewolucji na miarę kopernikańskiej.

Przyjacielskie przysługi

Jest super. Jest super. Więc o co ci chodzi? Ci, którzy tak twierdzą, najprawdopodobniej mogą pochwalić się przynajmniej tytułem „dr hab." przed nazwiskiem. Młodsi pracownicy naukowi, o ile nie mają szczęścia posiadać szefa  anioła, są nie tyle pracownikami, ile poddanymi swoich zwierzchników. Odrabiają pańszczyznę, prowadząc zajęcia często w żaden sposób niezwiązane z własną specjalizacją. Kiedy już mogą zająć się pracą naukową, często muszą oddawać plon swoich badań szefom, którzy go bezwzględnie wyzyskują do własnych prac, do tego przecież (i do wyręczania się w mniej przyjemnych obowiązkach) służą doktoranci. Dobrze, o ile promotor wspomni w przypisie oryginalne źródło. O takich drobnostkach jak robienie zakupów albo wyprowadzanie psa pod nieobecność właścicieli nie warto nawet wspominać. Przecież to tylko przyjacielskie przysługi oddane pani dziekan z dobrego serca.
System zachęt na uczelniach nie premiuje dobrych dydaktyków. Punkty dostaje się za napisane artykuły i książki, ew. udział w konferencjach. Opowiadanie bredni na wykładach, usypianie studentów monotonnym odczytywaniem przepisanych ze starych podręczników sentencji, wyręczanie się nimi na ćwiczeniach – gdzie ci prezentują fragmenty z Wikipedii – zamiast porządnego seminarium – to wszystko jest zarówno powszechne, jak i zupełnie bezkarne. Prawdziwi sadyści, którzy za punkt honoru stawiają sobie oblanie połowy roku, „bo mogą", stają się legendami wydziałów (chyba celują w tym prawnicy i lekarze), a kolejne roczniki studentów katują aż do śmierci. Swojej albo ich.
Uczelniany feudalizm otacza zmowa milczenia, ponieważ zarówno studenci, jak i młodsi pracownicy naukowi mają za dużo do stracenia
I czego się tu czepiać, skoro nikt się nie skarży? Faktycznie zmowa milczenia otacza ten uczelniany feudalizm, ponieważ zarówno studenci, jak i młodsi pracownicy naukowi mają za dużo do stracenia. Otwarta krytyka  czy, nie daj Boże, skarżenie się gdzieś wyżej są uznawane za poważne wykroczenia i przykładnie karane. Solidarność korporacyjna na uczelniach wyższych ma się świetnie. Podpadniesz na jednej katedrze, możesz mieć pewność, że na innych będą o tym pamiętać. W tej sytuacji na uczelniach zostają tylko najwięksi pasjonaci albo najgorsze niedorajdy.

Sztuka pisania CV

W debacie nad edukacją wyższą dużo miejsca zajmują rozważania na temat adekwatności systemu nauczania do potrzeb rynku pracy, czy też raczej jej braku. Na ten temat w polskiej debacie publicznej funkcjonuje sporo mitów. Jednym z nich, powtarzanym zresztą przez zwolenników reformy edukacji, jest konieczność uczenia „pod pracodawców". Otóż jest to strategia pozornie tylko słuszna.
Po pierwsze, rynek pracy się zmienia i należałoby antycypować jego potrzeby w momencie podejmowania decyzji o ilości otwartych miejsc na danym kierunku z wyprzedzeniem wieloletnim. Także dzisiejsze potrzeby pracodawców jutro mogą (i często okazują się) zupełnie błędną wskazówką.
Po drugie, uczelnie publiczne wprawdzie nie są instytucjami rynkowymi, ale na bodźce rynkowe reagują, w tym wypadku reagują na zainteresowanie kandydatów danym kierunkiem. Zgłasza się ich więcej, to przyjmują ich więcej. Kiedy zainteresowanie spada, bywa, że specjalizację trzeba zamknąć. Rzadko, niestety, preferencje kandydatów pokrywają się z potrzebami rynku. Wynika to z niewiedzy, ale także braku zdolności przewidywania i naturalnej w młodym wieku nadziei na lepszą przyszłość, często wbrew oczywistym faktom (vide: słynne już postawienie przez Tuska na spawaczy zamiast politologów, to logiczne, ci pierwsi pewnie rzadziej czepiają się mało ambitnych rządzących).
Z całą pewnością niezbędne są (o czym pisałem kiedyś w „Gazecie Wyborczej") wyspecjalizowane instytucje, niezależne od uczelni, które oceniałyby zapotrzebowanie i przyszłe trendy na rynku pracy, a jednocześnie predyspozycje kandydatów (mało kto w liceum wie dokładnie, czym w dorosłym życiu chciałby, a przede wszystkim powinien, się zajmować). Bo i niby skąd?
Po trzecie, gdyby kierować się potrzebami pracodawców, studia wyższe w większości przypadków byłyby zupełnie niepotrzebne. Nie urażając nikogo, ale do pracy na niższym szczeblu w większości korporacji wystarczyłoby trzymiesięczne przeszkolenie, które mógłby przejść średnio zdolny absolwent liceum. Nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie menedżera. Co ciekawe, wielu przedstawicieli biznesu podziela to zdanie. Ale co oni biedni mają robić, jak zgłasza się do nich tylu posiadaczy magisteriów?  Przecież nie będą „łowić" po zawodówkach.
Obsługa Excela i podstawowy biznesowy angielski (oraz sztuka pisania CV) to umiejętności ważne, ale nie trzeba do tego zaraz uniwersytetów. Jeśli takie ambicje stawiałyby przed sobą uczelnie wyższe, równie dobrze moglibyśmy je już teraz zlikwidować i oszczędzić wszystkim rozczarowania.

System od nowa

Uczelnie mają ambicje bardziej rozbudzone. Rozpoznały, na razie, że z biznesem nie mają prawie nic wspólnego, i chętnie by coś z tym zrobiły, bo biznes oznacza pieniądze. Niestety, jest gorzej, uczelnie nie mają niemal nic wspólnego z tzw. prawdziwym życiem. Pięć lat studiów dla większości ludzi to fantastyczna przygoda między innymi dlatego, że jeśli ktoś się nie wyrywa do pracy zarobkowej, to system, w jakim przychodzi mu funkcjonować na uczelni, jest zupełnie oderwany od rzeczywistości poza nią. Jest to bardzo przyjemne dopóki nie następuje twarde lądowanie po zakończeniu edukacji. Tym bardziej beztroskie na tym tle wydają się wspomnienia z żakowskich czasów.
Dlatego co ambitniejsze wydziały uznały, że nawet na mało perspektywicznych (w porównaniu z karierą spawacza czy ślusarza) kierunkach, takich jak np. wspomniana politologia, dołożą studentom semestr komunikacji, semestr informatyki albo nawet zarządzania. Notabene, popularność tego ostatniego kierunku zawsze mnie intrygowała, bo większość jego absolwentów, o ile w ogóle pracę znajduje, to zwykle kończy w sytuacji bycia zarządzanym. Ale może właśnie celem tych studiów jest taki rodzaj pogłębionej autorefleksji.
Rzecz w tym, że jeśli, dajmy na to, absolwent nie potrafi pracować w grupie, to zajęcia ze współpracy w grupie mu w tym specjalnie nie pomogą. Nie bardziej niż problem wysokiego bezrobocia rozwiąże powołanie ministerstwa ds. bezrobotnych. Takich umiejętności, które naprawdę przydają się w świecie pozauczelnianym, a więc i w pracy zawodowej: komunikacji, współpracy, analizy, podejmowania decyzji, zarządzania własnym czasem, samodzielności, elastyczności, nie nabywa się na wykładach.
W tym celu cały system nauczania należałoby skonstruować od nowa, żeby niejako przy okazji nabywania wiedzy nabywać także wspomnianych umiejętności. Praca w grupie powinna być stałym elementem funkcjonowania studenta na uczelni. Logiczne prezentowanie swoich poglądów i wiedzy musi być niezbędne do zaliczenia semestru niezależnie od kierunku. Projekty, a nie zakuwanie trzy dni przed egzaminem, powinny się stać osią studiowania od pierwszego do piątego roku. W przeciwnym wypadku grozi nam powtórka w innym wydaniu z popularnych do niedawna zajęć z obsługi komputera prowadzonych za pomocą tablicy, kredy i gąbki.

Ćwiczenie z lepszego społeczeństwa

Uniwersytet nie powinien rezygnować z ambicji wychowywania jednostek twórczych i samodzielnych. Podstawowym celem i sensem edukacji jest wychowanie do myślenia krytycznego. Uczenia, jak się uczyć. Tym bardziej że edukacja nie kończy się, a przynajmniej nie powinna, wraz z opuszczeniem uczelnianych murów.
Ludzie zdolni do abstrakcyjnego myślenia, analizy i syntezy, zwięzłego przedstawienia problemu, a następnie jego rozwiązania i podjęcia decyzji o wyborze najodpowiedniejszej opcji będą cenni dla pracodawców niezależnie od ukończonego kierunku. Ale co istotniejsze, będą wartościowymi jednostkami w społeczeństwie, zdolnymi do decydowania o samych sobie, niepoddającymi się demagogii, opierającymi się „barbarzyństwu specjalizacji", o którym pisał Ortega y Gasset, czyli niezdolności do rozumienia zjawisk spoza wąskiej dziedziny swoich zawodowych zainteresowań. Takimi ludźmi trudno manipulować. Takich ludzi trzeba traktować (i uczyć) po partnersku. Co oczywiście dla niektórych polityków i ideologów wcale nie stanowi zachęty...
Problem w tym, że system jest skonstruowany w ten sposób, że pożądanych zmian, których szkic bardzo pobieżnie nakreśliłem powyżej, nie bardzo jest komu wprowadzać. W interesie wyższej kadry naukowej jest zachowanie status quo. Niższa (stopniem) kadra naukowa nie jest decyzyjna, a kiedy już dochrapie się habilitacji, zwykle uznaje, że przychodzi czas na odcinanie kuponów. Nie będzie przecież likwidować systemu w momencie stania się jego beneficjentami. Studenci mają jeszcze mniej do powiedzenia w sprawach uczelni niż doktoranci, a poza tym jakiekolwiek strukturalne zmiany obejmą dopiero ich następców. Jedno, co mogą, to „głosować nogami". I coraz częściej tak robią, wyjeżdżając na placówki zagraniczne.
Teoretycznie największy interes w reformie uczelni wyższych mają licealiści i gimnazjaliści. Ci jednak rzadko zdają sobie sprawę z tego, co ich czeka. A nawet jeśli, to jak wiadomo, „dzieci i ryby głosu nie mają" (w każdym razie w wyborach powszechnych). Pozostają rodzice, którzy wypruwają sobie żyły, żeby swoim pociechom zapewnić lepszą przyszłość. Powinni zdać sobie sprawę z faktu, że teraz, kiedy wykształcenie wyższe stało się dobrem powszechnym, jeszcze bardziej liczy się nie tylko „co", ale „jak".
Może znajdzie się ktoś, polityk, ruch społeczny, który ich obawy i potrzeby będzie w stanie wyartykułować, a następnie wywalczyć. Po cichu liczę też jednak na młodszych pracowników naukowych. Tych, którzy na uczelni zostali z pasji zajmowania się nauką i pracą ze studentami. W końcu to Was czeka chodzenie w kieracie przez kolejne dziesiątki lat, często w poczuciu bezsensu i traconego czasu za kiepskie pieniądze. Może już czas potrząsnąć tym zmurszałym uczelnianym pniem?
Autor jest redaktorem naczelnym pisma „Liberte"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA