fbTrack

Wiadomości

Mogę cię pocieszyć – twój brat został zabity...

Weronika Sebastianowicz dziś: postanowiłam, że będę żyć
Rzeczpospolita, Andrzej Pisalnik AP Andrzej Pisalnik
81-letnią dziś szefową Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej na Białorusi, kapitan Weronikę Sebastianowicz zaprzysiężono w wieku 13 lat.
Za kilka dni Boże Narodzenie. Odczuwa pani tę świąteczną atmosferę?
Weronika Sebastianowicz: Już nigdy nie poczuję tego, co czułam w tych dniach przed wojną. Może dlatego, że byłam dzieckiem. Ale w przedwojennej Polsce było chyba nawet inne powietrze. Skromne prezenty, jakie kładli pod choinkę rodzice, a były to najczęściej po prostu nowe ubranka, do dzisiaj wydają mi się najcudowniejszymi wśród tych, jakie kiedykolwiek otrzymywałam. Mieszkała pani na terenie dzisiejszej Białorusi?
We wsi Pacewicze, niedaleko Wołkowyska. To była duża wieś, około 200 gospodarstw. Tata pracował jako inżynier dróg i mostów i we współpracy z gospodarzami położył bruk na wiejskich ulicach. Mieszkańcy Pacewicz byli dumni z tych brukowanych ulic. W Pacewiczach mieszkali sami Polacy? Białorusinów było więcej. Ale wtedy nie dostrzegaliśmy różnic między sobą. W święta prawosławne na przykład my, katolicy, staraliśmy się nie robić prania czy innej roboty, żeby nie obrazić uczuć sąsiadów Białorusinów. Oni natomiast nie pracowali w święta katolickie, żeby nas nie urazić. W białoruskich mediach można spotkać opis przedwojennego życia Białorusinów pod polskim panowaniem jako życia ludzi drugiej kategorii, ciągle represjonowanych. W naszej wsi było kilku członków KPZB (Komunistyczna Partia Zachodniej Białorusi). Opowiadali o cudownym życiu w Sowieckiej Białorusi i szerzyli ideę przyłączenia się do BSRR. Byli, oczywiście, inwigilowani przez policję, a jednego nawet zamknięto w areszcie na sześć miesięcy. Śmieliśmy się z niego. Gdy skończył się termin jego aresztu, nie chciał stamtąd wychodzić. Miał tam lepiej niż w domu. Dostał czyste ubranie, był najedzony, zapomniał, co to głód. Zmienił poglądy? Nie, wraz z kolegami dalej czekał na zbawców ze wschodu. I oto 17 września 1939 „zbawcy" się zjawili. Miałam osiem lat. Widziałam, jak do wsi wjechały ciężarówki z ludźmi. Ale jak się tym ludziom przyjrzałam, to pomyślałam, że to jakieś diabły. Straszni, brudni, w tych czapkach z czerwoną gwiazdą. A miejscowi komuniści zrywali kwiaty i rzucali je tym „diabłom" i na te ciężarówki. We mnie coś się zagotowało, jakaś nienawiść, więc zaczęłam wyrywać z ziemi korzenie i rzucać tymi korzeniami z ziemią w tych czerwonoarmistów i w te ciężarówki. Do domu wróciłam cała upaprana w błoto. Mama do mnie: „Dziecko, a co żeś robiła, że taka brudna jesteś?". Opowiedziałam. Mama mnie umyła i kazała więcej do bolszewików się nie zbliżać. A dwa dni później, 19 września, miejscowy komunista przyszedł do nas ze strzelbą, by zabić ojca. Wycelował, ale starsza siostra Irena zdążyła podbić lufę, więc trafił w sufit. Ojciec jako inżynier utrzymywał kontakty i ze starostą, i z wojewodą, więc uznali go za „pana". Gdy tata zapytał komunisty, dlaczego chce go zabić, ten odpowiedział: „Bo ty pan jesteś". A „pan" w rozumieniu nowej władzy to bogacz, wyzyskiwacz i wróg ludu pracującego. Czyli ojca czekały represje. On to zrozumiał i ukrył się w stodole u sąsiada, Białorusina zresztą. Po kilku dniach udał się do Wołkowyska. Tam miejscowa inteligencja zakładała Związek Walki Zbrojnej. Ojciec, rzecz jasna, przystąpił do niego. Pierwszym komendantem ojca był major Stojanowski, pseudonim Cygan. Powoli do walki w konspiracji wciągał się mój brat Antoni. A i mnie tata nieraz prosił, żebym zaniosła kartkę do „wujka Alfonsa". „Tylko nikomu nie pokazuj i nie mów o tym!" – ostrzegał. Od tych kartek zaczęła się i moja działalność w antysowieckim podziemiu. Tata w latach wojny mieszkał w domu? Do 1941 roku nawet pracował w urzędzie drogowym. Drogi i mosty budował zresztą także pod niemiecką okupacją. I za to go oskarżyli, gdy Armia Czerwona wypędziła Niemców. Kilkadziesiąt razy był aresztowany, a potem wypuszczany. Ktoś w urzędzie drogowym za nim się wstawiał, bo nie było lepszego specjalisty. W 1946 roku tatę skazano na 10 lat łagrów. Czyli nie skazano go za działalność konspiracyjną. Nikt z konspiracji go nie wydał. Ale kiedy był w więzieniu w Wołkowysku, trzy razy pozwalano mi na widzenie z nim pod warunkiem, że przekonam tatę, aby ujawnił kryjówkę brata, który po aresztowaniu ojca poszedł do lasu. Obiecali, że jeśli tata kryjówkę zdradzi, to go wypuszczą. Powiedziałam o tym. – Czy ty zwariowałaś! – oburzył się. – Przysięgę składałem, nie wyjdę stąd! – dodał. Ale wówczas Armia Krajowa była już rozwiązana i przysięga nie obowiązywała. W naszym oddziale składaliśmy przysięgę dwa razy. Drugi raz po rozwiązaniu AK w sierpniu 1945 roku. Pani miała 14 lat. Pierwszy raz zostałam zaprzysiężona, gdy miałam lat 13, w 1944 roku. Wtedy nadano mi pseudonim Różyczka. Jak wyglądała przysięga? W lesie, w obecności brata, kapelana oddziału księdza majora Antoniego Bańkowskiego, pseudonim Eliasz, i komendanta Bronisława Chwieduka, pseudonim Cietrzew. Położyłam rękę na krzyżu i odczytałam tekst przysięgi. Byłam bardzo dumna, że mi zaufano i przyjęto do AK jako łączniczkę. Mimo że była pani niepełnoletnia. Wątpliwości dowódcy i mojego brata rozwiał kapelan. Powiedział: „Przecież ona i tak już tyle czasu chodzi, tyle zna, po co zwlekać?". Jak długo walczył pani oddział? W 1948 roku NKWD aresztowało komendanta i księdza kapelana, ale na czele oddziału stanął Alfons Kopacz, pseudonim Wróbel. Jego zastępcą został mój brat Antoni Oleszkiewicz, pseudonim Iwan. Komendant i kilku żołnierzy walczyli do 1953 roku. Panią schwytano wcześniej, w 1951 roku. Ostatnie lata przed aresztowaniem ciągle mnie śledzili. Aż w pewnym momencie komendant kazał mi się ukryć. Zamieszkałam u siostry jednego z żołnierzy w oddalonej od bunkrów akowskich miejscowości. Ale po siedmiu miesiącach pojechałam do siostry do Skidla (miasteczko 30 kilometrów od Grodna, w którym Weronika Sebastianowicz mieszka obecnie – red.). Przyjechałam w sobotę, a już w poniedziałek mnie aresztowano. Trafiłam do więzienia w Grodnie. Jaki zarzut pani postawili? Na przesłuchaniach dopytywali się głównie o kryjówkę brata. To były nocne przesłuchania, a na dzień mnie wsadzano do karceru. Ale nawet nie to było najgorsze. Martwiłam się, dlaczego mama mi niczego nie przynosi. Okazało się, że mnie aresztowano w kwietniu, a ją w czerwcu. Po trzech miesiącach, kiedy myślałam już, że mnie wypuszczą, zrobili mi konfrontację z kolegą z AK. Powiedział, że mnie zna. Ujawnił też, że na ostatnim zebraniu komendant kazał w razie potrzeby pilnego kontaktu przekazać wiadomość przez Weronikę. Po tej konfrontacji przedłużono mi termin aresztu o dwa miesiące. Czyli kolega wydał panią. Powiedział o kilka słów za wiele, ale nie mam do niego żalu. Widać było po nim, że był strasznie torturowany i wycieńczony. Kiedy śledczy nie mieli już wątpliwości, że działam w konspiracji, przesłuchania stały się bardziej brutalne. Drzwiami złamano mi dwa palce, starając się zdobyć informacje o kryjówkach akowców. A ja rzeczywiście znałam wszystkie bunkry i wszystkie kryjówki. Potem był proces, na którym usłyszałam, że „utrzymywałam przestępczy kontakt z nacjonalistyczną bandą tak zwanej Armii Krajowej". Jak wyglądał proces? Jaki tam proces! Trzech ich było. Odczytali akt oskarżenia, a potem ogłosili wyrok – 25 lat łagrów. W ostatnim słowie poprosiłam, żeby mamę, która czekała na proces, wysłali tam, gdzie mnie wyślą. Posłuchali? W łagrze w Workucie, do którego trafiłam, rzeczywiście spotkałyśmy się z mamą. Okazało się, że ją skazali za to, że piekła chleb dla akowców i prała im rzeczy. Mama nie ukrywała, że to robiła, bo w lesie przecież był jej syn. Kryjówek żadnych nie znała. Ale razem byłyśmy niedługo. Mnie szybko przenieśli do innego, o więziennym rygorze. Tu przekonałam się, że władza komunistyczna to władza szatańska, niemająca szacunku ani dla życia ludzkiego, ani do śmierci człowieka. Widziałam przez okno baraku, jak na ciężarówki ładowano trupy. Wraz z nimi ładowano schorowanych więźniów. Nie mogli już chodzić, ale niektórzy mogli jeszcze siedzieć. I tych martwych, i na wpół martwych ludzi wywożono ciężarówkami do tundry i wyrzucano. Zwalniano w ten sposób miejsca dla nowych więźniów. Tych ciał nie grzebano? Gdy była odwilż, więźniowie kopali doły i te ciała tam zrzucali. Gdyby Pan Bóg chciał wskrzesić więźniów łagrów, to ziemia by się podniosła w całej Rosji. Panią też mógł spotkać taki los? Byłam młoda i zdrowa. W 1952 roku przeniesiono mnie więc na wyręb tajgi do Kraju Krasnojarskiego. Tam chciałam odebrać sobie życie. Było gorzej niż w Workucie? Nie, ale pewnego razu wezwał mnie kagiebista. Nie wiedziałam po co. Mógł ogłosić, że mnie wypuszczają na wolność albo przenoszą do innego łagru. Gdy stawiłam się u niego, przywitał mnie słowami : „No cóż, mogę cię pocieszyć...". Uradowałam się, pomyślałam, że może mnie zwolnią. A on ciągnął dalej: „Twój brat bandyta został zabity". Zginął w obławie NKWD, ciężko ranny i otoczony popełnił samobójstwo. Nie pamiętam, jak się utrzymałam na nogach i wyszłam od tego kagiebisty. Nie spałam przez noc, bo straciłam sens życia. Rano poszłyśmy do tajgi. Gdy ścinałyśmy drzewo, zawsze ktoś krzyczał: „Strzeż się!". Usłyszałam to i poszłam pod spadające drzewo. Jednak źle obliczyłam i drzewo zaczepiło mnie tylko wierzchołkiem. Rozpłakałam się, zaczęłam się modlić do Matki Najświętszej i przepraszać, że taki grzech chciałam popełnić. Wtedy obiecałam sobie, że będę żyła mimo trudności. No i, jak pan widzi, żyję do dziś i nawet coś robię. —rozmawiał w Grodnie Andrzej Pisalnik
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL