fbTrack

Kraj

Pod Koźminem klęska, ale nie katastrofa

ROL
515 lat temu, 26 października 1497 roku, wojsko polskie pod dowództwem króla Jana Olbrachta zostało rozgromione w bitwie pod Koźminem
Tekst z archiwum "Rzeczpospolitej", z dodatku "Władcy Polski"Do decydującego starcia doszło pod Koźminem. Droga wchodziła tu w głęboki, trzykilometrowej długości, wąwóz o stromych ścianach. 26 października pierwszy - wielkopolski - oddział przeszedł przez wąwóz nieniepokojony.
Dopiero kiedy do rozpadliny weszły pozostałe kolumny: królewska (z wojskiem nadwornym, armatami i z samym królem), małopolska (pospolite ruszenie z tej dzielnicy wraz z rycerstwem ruskim i podolskim) i straż tylna (wojska zaciężne), zaczęło się piekło. Na tych ostatnich z przeraźliwym hukiem spadły wcześniej podcięte przez Mołdawian potężne buki. Konary i gałęzie miażdżyły konie i ludzi. Na tych, którzy przeżyli upadek drzew, posypały się strzały i bełty miotane przez ukrytych w zaroślach Mołdawian. Dzieła zniszczenia dopełniła szarża jazdy, która dobiła ocalałych. Straż tylna przestała istnieć. W tym samym czasie na Małopolan z lewej strony jaru spadło uderzenie mołdawskiej jazdy wspieranej przez kawalerię turecką, wołoską i tatarską. Polacy bronili się rozpaczliwie. Ocaleli uciekali do przodu, w panice szukając wyjścia z matni. Nieatakowana kolumna królewska połączyła się z Wielkopolanami z pierwszej kolumny, którzy zdążyli ustawić warowny obóz. Teraz szukały w nim schronienia niedobitki z oddziału małopolskiego.
Wtedy znów dały o sobie znać zalety charakteru Olbrachta. Szybko ochłonąwszy, zaprowadził porządek w wojsku i przygotował kontruderzenie. Pierwsza na odsiecz walczącym w wąwozie poszła chorągiew nadworna.Za nią ruszył na czele następnych chorągwi sam król. Oddziały mołdawskie i ich sojuszników wypłoszono z lasów i rozbito doszczętnie - lekka jazda na otwartym polu nie miała szans w starciu z ciężkozbrojnymi. W wyniku bitwy Polacy stracili 11 tys. zaciężnych i rycerstwa z pospolitego ruszenia. Do tej liczby trzeba dodać kilka tysięcy służby. W sumie z lasów bukowińskich nie wyszedł co piąty uczestnik wyprawy. Straty nieprzyjaciela były z pewnością mniejsze i sięgały kilku tysięcy ludzi. Po zebraniu zagubionych w lesie żołnierzy i przegrupowaniu wojsko ruszyło w stronę rzeki Prut. Odwrót był bardzo dramatyczny. Stefan Wielki próbował na różne sposoby utrudnić ten marsz, m.in. podpalając trawy na stepie. Kilka razy wybuchała panika wśród wojska, którą samkról wraz z królewiczem Zygmuntem musieli opanowywać. Niestety, spóźnieni Mazowszanie zostali okrążeni i wybici, zanim zdołali się połączyć z siłami głównymi. Mołdawianie próbowali zastawić na Polaków zasadzkę przy przeprawie przez graniczny Prut, lecz bez powodzenia. 5 listopada król rozpuścił pospolite ruszenie. Niesławna wyprawa została zakończona. Niewątpliwie ekspedycja była klęską Korony i króla Jana. Mimo że udało się nie dopuścić do okrążenia i zniszczenia olbrachtowych wojsk, a Polacy wycięli sobie drogę odwrotu, to oni ponieśli większe straty. Przede wszystkim nie udało się zrealizować żadnego z zaplanowanych celów wyprawy - porty czarnomorskie pozostawały pod kontrolą Turcji, a Mołdawią dalej rządził Stefan. W żaden jednak sposób nie można powtarzać bezkrytycznie powiedzenia o "wyginięciu szlachty" w czasie wyprawy. Była to klęska, ale nie katastrofa. Na rewanż przyjdzie Polakom czekać blisko 35 lat - wtedy to, w 1531 roku, Jan Tarnowski rozbił armię mołdawską w bitwie pod Obertynem. Czerwiec 2007
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL