fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

USA na wojnie narkotykowej

Ujawnienie udziału agentów DEA w walkach z latynoskimi kartelami narkotykowymi wywołuje zakłopotanie w Waszyngtonie
To, że w starciach z policją, wojskiem albo siłami specjalnymi w Ameryce Łacińskiej giną członkowie karteli narkotykowych, nie jest niczym zaskakującym. Tym razem jednak śmierć przemytnika kokainy, który w niedzielę został zabity w Hondurasie, wywołała dyplomatyczną konsternację. Okazało się bowiem, że przestępcę zastrzelił w czasie akcji amerykański agent DEA (Drug Enforcement Administration – Urząd ds. Zwalczania Narkotyków). „Agent oddał strzały do domniemanego przemytnika, kiedy ten sięgnął po broń. Funkcjonariusz działał więc w obronie własnej i swojego oddziału" – tłumaczył zajście rzecznik ambasady USA w Tegucigalpie Stephen Posivak.
Wspólna akcja Amerykanów i miejscowej policji wymierzona była w około 40-osobową grupę przestępców, którzy organizowali przerzuty narkotyków awionetkami lądującymi koło osady Brus Laguna na północnych, rzadko zaludnionych obszarach Hondurasu. Pięciu gangsterów nakryto w momencie, gdy ładowali paczki zawierające 360 kg kokainy. Po krótkiej strzelaninie jeden z nich zginął, czterech pozostałych  aresztowano.
To już druga w ciągu kilku tygodni brawurowa akcja przeciwko honduraskim gangom narkotykowym. W maju agenci DEA wraz z miejscowymi policjantami zatrzymali niewielki statek z ładunkiem narkotyków. Wówczas w walce zginęło czterech gangsterów, jednak ich śmierć przypisano miejscowym funkcjonariuszom.
O tym, że amerykańscy agenci biorą udział w akcjach w Hondurasie, Gwatemali, Belize oraz na Haiti i Dominikanie, wiadomo było co najmniej od kilkunastu miesięcy. Zawsze jednak występowali oni w roli „doradców" lub „oficerów szkoleniowych", w najlepszym razie mówiono o udzielonym przez nich „wsparciu" (jak podczas akcji w marcu ubiegłego roku, gdy w ręce stróżów prawa wpadła rekordowa ilość – około tony kokainy). Na udział w walce wyszkolonych funkcjonariuszy DEA z bronią w ręku wskazywały już wcześniej amerykańskie depesze dyplomatyczne ujawnione przez WikiLeaks, jednak oficjalnie potwierdzono to po raz pierwszy.
Ujawnienie tego faktu nie jest na rękę Waszyngtonowi. Po pierwsze pojawiają się pytania o granice dopuszczalnej interwencji, o uprawnienia Amerykanów działających w ramach oddziałów zbrojnych poza granicami USA i wreszcie o suwerenność państw pozostających pod silnym wpływem północnoamerykańskiego sąsiada.
DEA ma obecnie w Ameryce Środkowej i na Karaibach pięć oddziałów oficjalnie wspomagających miejscowe rządy z przestępczością narkotykową. Program o akronimie FAST (Foreign-deployed Advisory Support Team – Działający za Granicą Oddział Doradztwa i Wsparcia) został zainicjowany jeszcze za prezydentury George'a W. Busha, choć wówczas jego celem było zwalczanie produkcji narkotyków w Afganistanie przez talibów. Z czasem rozszerzono działalność FAST na inne regiony świata.
Krytycy takich działań twierdzą, że w istocie rozmywają one granice akcji policyjnych i działań zbrojnych, a „wojna z narkotykami" staje się nową wersją „wojny z terroryzmem". Ograniczenie akcji DEA nie wydaje się jednak prawdopodobne.
– W Waszyngtonie panuje zgoda odnośnie do tego, że należy wspomagać siły bezpieczeństwa krajów Ameryki Łacińskiej – mówi „Rz" dr Cynthia J. Arnson, dyrektor programu latynoamerykańskiego w waszyngtońskim Centrum Wilsona.
Niektóre państwa – jak np. Meksyk – chętnie przyjmują amerykańską pomoc w postaci sprzętu, nie godzą się jednak na uczestnictwo w akcjach uzbrojonych agentów w obawie przed negatywną reakcją opinii publicznej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA