fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kolekcje

Malarstwo europejskie na polskim rynku sztuki

Fotorzepa
- Piękną stuletnią filiżankę można kupić już za ok. 200 zł. - mówi Stanisław Bogacki, kolekcjoner i antykwariusz z Poznania
Rz: Z wykształcenia jest pan lekarzem, od 1989 roku prowadzi pan przedsiębiorstwo branży odzieżowej. Co było motywacją otwarcia antykwariatu (www.artykwariat.pl)?
Stanisław Bogacki: Od końca lat 90. kolekcjonujemy z żoną europejskie malarstwo i rzemiosło artystyczne przełomu XIX i XX stulecia. Postanowiliśmy popularyzować to, co sami lubimy. Na młodym polskim rynku praktycznie nie ma europejskiego malarstwa, a sztuka dekoracyjna występuje w niewielkim stopniu. Kolekcja jest prywatna i podobnie jak Artykwariat nie ma nic wspólnego z działalnością przedsiębiorstwa. Głównym nurtem naszych kolekcjonerskich zainteresowań jest malarstwo niderlandzkie z XIX stulecia, np. dorobek rodziny Spohlerów czy Koekkoeków. Cenimy też francuskie malarstwo XIX w. Szkoły Barbizońskiej. Zwykle są to malarze mało znani w Polsce. Minie nieco czasu, zanim zostaną docenieni przez polskich kolekcjonerów. Mają oni swoją ustabilizowaną wysoką pozycję w Europie. Przeciętny miłośnik sztuki za granicą doskonale zna te nazwiska.
Nie są to sztandarowe nazwiska europejskiej sztuki. Kogo na polskim rynku byłoby stać na obrazy Cezanne'a lub słynnych impresjonistów? Na przykład Narcisse Diaz de la Pena czy Jules Dupre to nazwiska na pewno wysoko cenione w Europie! Podjął pan duże ryzyko finansowe w sytuacji, gdy na polskim rynku kupowane są prawie wyłącznie polonika. Artykwariat istnieje od maja 2009 i powoli zaczyna się bilansować. Możemy porównywać miesięczne wyniki z trzech kolejnych lat. Notujemy wzrost, gdy chodzi o sprzedaż, zwłaszcza sztuki użytkowej. Sporo sprzedaliśmy do muzeów, choćby srebrne solniczki do Muzeum Soli w Wieliczce. Oferta dostępna jest także dla mniej zamożnych kolekcjonerów. Obrazy mają ceny średnio ok. 25 – 80 tys. zł. Jeśli chodzi o porcelanę, to piękną stuletnią filiżankę można kupić już za ok. 200 zł. 200 zł zapłacimy za piękną stuletnią filiżankę Sprzedaliśmy prace malarza Ernsta Heberta, który w Polsce nie jest znany, a dwa lata temu miał dużą wystawę w Muzeum d'Orsay w Paryżu, chętnie malował tematy włoskie. Sprzedaliśmy świetny obraz Jana Jacoba Spohlera, obrazy Diego de la Peny i innych dobrych francuskich malarzy, takich jak George Maroniez, Henri Rondell czy Alexis Kreyder. Nie chcę, żeby zabrzmiało to górnolotnie. Uważam jednak, że osoby, które odniosły sukces w biznesie, mogłyby podjąć działania prospołeczne. Prowadzenie galerii traktuję w dużej mierze jako misję edukacyjną. Regularnie odbywają się tu lekcje dla uczniów liceów i gimnazjów. To nie są suche wykłady, ale praktyczne zajęcia. Od początku odbywają się także tematyczne spotkania dla kolekcjonerów i miłośników sztuki. Za dwa tygodnie mamy spotkanie „Moja secesja, moja kolekcja". Będziemy rozmawiać o rynkowej wartości secesyjnego szkła, porcelany i wyrobów z metali. Dużą wagę przywiązujemy do zaplanowanego na 24 listopada spotkania „Stara sztuka, nowe wnętrza". Czasopisma wnętrzarskie, podobnie architekci wnętrz, propagują wyłącznie nowoczesny wystrój wnętrz. Cierpi na tym kolekcjonerstwo dawnego rzemiosła artystycznego. Będziemy dyskutować o tym, jak w nowoczesne wnętrza mieszkalne oraz instytucjonalne wkomponować dawną sztukę. Prowadzę te spotkania wraz z pracownikami galerii. Pierwsze przed laty dotyczyło mechanizmów funkcjonowania rynku, zagrożeń fałszerstwami. Było spotkanie o rynku porcelany, o tym, na co zwracać uwagę przy jej zakupie. Inne dotyczyło wiedzy o przedmiotach i zagrożeń na rynku srebra. Wystawie malarstwa holenderskiego z XIX wieku „Jestem w Holandii" towarzyszyło spotkanie na temat sztuki holenderskiej. Krajowi antykwariusze alarmują, że podaż jest niska. Dlaczego zatem w Polsce nie handluje się obcą sztuką, która dostępna jest w Europie? Od ponad 70 lat Polacy nie mieli okazji, żeby na co dzień w domach kontaktować się z dobrą europejską sztuką. Nastąpiła kilkupokoleniowa przerwa. Jest też taka irracjonalna obawa, że europejska sztuka musi mieć rekordowo wysokie ceny. Niedawno Muzeum Narodowe w Poznaniu zorganizowało wystawę malarstwa hiszpańskiej rodziny Madrazo. Przy okazji tej wystawy krążyła powszechna opinia, że to musi być bardzo droga sztuka. Gdy obrazy te w przeliczeniu na złotówki osiągają ceny ok. 20 – 50 tys. zł. Podaż jest rzeczywiście niska. Szkoda, że muzea w Polsce nie sprzedają wybranych obiektów ze swoich magazynów. Pobudziłoby to rynek, kolekcjonerstwo, a muzea zyskałyby środki na zakupy. Dodatkowo wywołałoby to zainteresowanie mediów, prasa i telewizja zaczęłyby więcej informować o kolekcjonerstwie, o rynku. Dodatkową wartością dla kolekcjonera byłoby to, że ma obraz z muzeum. Na świecie muzea wyprzedają nawet cenne i rzadkie dzieła. Jeśli prywatny kolekcjoner płaci za obraz, to jest to wystarczająca gwarancja, że będzie to dzieło szanował. Na pewno wypożyczy je na wystawę, bo dzięki temu jego własność zyska na popularności, przez to prawdopodobnie zwiększy cenę. Wróćmy do wątku, dlaczego polscy kolekcjonerzy nie kupują obcego malarstwa? Również dlatego, że polska prasa zupełnie nie zauważa sztuki europejskiej, w dodatku tej z XIX wieku! Dziennikarze piszą właściwie wyłącznie o polskiej sztuce współczesnej i kilku sztandarowych nazwiskach naszej dawnej sztuki. Polskie malarstwo jest obecne w mediach, więc ludzie oswoili się z tym, że ma ono wartość inwestycyjną. W maju zorganizowaliśmy w galerii pierwszą po II wojnie wystawę holenderskiego malarstwa z XIX wieku. Pod patronatem ambasadora królestwa Niderlandów Pomogło nam Muzeum Narodowe w Poznaniu. Uznana galeria Leslie Smith z Amsterdamu pożyczyła nam wysokiej jakości dzieła. Niestety prasa właściwie to przemilczała. Krajowa prasa nie pisze o światowych targach sztuki. Nie ukazują się teksty np. o targach w Maastricht, gdzie oferta nierzadko jest na poziomie Luwru i prywatni kolekcjonerzy kupują te dzieła. W ostatni weekend byliśmy z żoną na biennale antykwarycznym we Florencji. Było ponad 100 wystawców, starannie dobranych, były dzieła np. Canaletta, Bruegela, Jordaensa, Guido Renniego. Cała Florencja żyje tym biennale, prasa i telewizja obszernie informują o nim. W restauracjach, sklepach wiszą plakaty o tej imprezie. Tam ludzie przychodzą nie tylko po to, żeby kupić arcydzieło Canaletta, ale przede wszystkim, żeby obejrzeć sztukę, która na co dzień pozostaje w prywatnych zbiorach lub jest własnością światowych galerii. W pana galerii na obiektach są ceny. To wyjątkowe na polskim rynku! Zauważyłem, że w antykwariatach miłośnicy sztuki krępują się pytać o ceny, zwłaszcza kilku, tym bardziej wielu obrazów. A przecież mogą odczuwać obawę, że obraz jest dla nich za drogi. Podanie cen wydaje się oczywiste. Zwłaszcza że obraz w określonym sensie jest przecież po prostu towarem. Polski kolekcjoner zna oficjalne notowania Kossaków lub Jerzego Nowosielskiego. Natomiast skąd ma wiedzieć, czy wycena oferowanych francuskich malarzy odpowiada popytowi i podaży na ich dorobek? Mamy międzynarodowe notowania tych artystów. W większości przypadków możemy udokumentować losy poszczególnych obrazów. Największe światowe serwisy dotyczące notowań z reguły są płatne. Jeśli ktoś nie ma do nich dostępu, może u nas w galerii uzyskać potrzebne informacje. Gdy mamy do czynienia ze sztuką XIX stulecia, to już są nazwiska sprawdzone, gruntowanie opisane, wystawiane, notowane na rynku. Weźmy np. „Portret rudowłosej" Gustava Jeana Jacqueta. Tej klasy obrazu dziś nie bylibyśmy w stanie kupić na Zachodzie. Tak wzrósł popyt, przy równoczesnym spadku podaży. Czy w pana rodzinie były tradycje kolekcjonerskie? Pamiętam z domu moich dziadków uratowane dawne obrazy i meble. To nie było kolekcjonerstwo. Przed wojną był to styl życia zasobnej rodziny. Rodzinny dom na pewno był dla mnie wzorem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA