fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Studenci: uczelnie powinny przygotować nowe programy studiów

Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Najwięcej pracy będzie wymagać dostosowanie studiów do krajowych ram kwalifikacji – przewiduje prezes Fundacji Rektorów Polskich w rozmowie z Jolantą Ojczyk
Nowelizacja ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym zobowiązała uczelnie do wprowadzenia wielu zmian, m.in. w statutach. Czy sprostają tym zadaniom?
Jerzy Woźnicki prezes Fundacji Rektorów Polskich: Na zmiany w statutach uczelnie mają sześć miesięcy. Niektóre będą łatwe do wprowadzenia, ale np. zasady i tryb wyboru rektora i dziekanów, gdy zostaną dopuszczone reguły konkursowe, mogą wymagać czasochłonnej dyskusji. Nowe regulaminy studiów pojawią się najpóźniej pięć miesięcy przed nowym rokiem akademickim. Najwięcej pracy będzie jednak wymagało dostosowanie studiów do krajowych ram kwalifikacji (KRK). Nie ma już ministerialnej listy 118 kierunków studiów ani standardów określających, czego w ich ramach powinno się uczyć. Uczelnie mogą tworzyć własne kierunki dopasowane do oczekiwań kandydatów i rynku pracy. Czy skorzystają z tej możliwości?
Brak listy nie oznacza zniknięcia powszechnie znanych kierunków. Uczelnie nadal będą kształcić na klasycznych kierunkach, takich jak fizyka, biologia, prawo. Nowelizacja zobowiązuje jednak do przygotowania nowej dokumentacji studiów zgodnej z KRK, co wymaga zmiany filozofii kształcenia. Dotychczas, tworząc programy studiów, wydziały odwoływały się do ramowych treści kształcenia, czyli wskazywały, czego uczą. Teraz będą musiały określić kompetencje absolwenta, czyli efekty procesu kształcenia i sposoby weryfikacji ich osiągania. To oznacza, że powinny zweryfikować programy. Może się okazać, że pod tą samą nazwą kierunku będą się kryły zupełnie inne studia. Mam nadzieję, że uczelnie nie dokonają prostego tłumaczenia języka określającego treści kształcenia na nowy język efektów, tylko istotnie znowelizują programy, tak aby lepiej odzwierciedlały zmiany zachodzące w świecie, w tym w gospodarce. Dziekani powinni przeanalizować, czy oferowane kierunki będą atrakcyjne dla kandydatów z punktu widzenia ich przyszłej pozycji na rynku pracy. Wydziały muszą przygotować nową dokumentację studiów, co na pewno nie jest łatwe. Uczelnie będą się m.in. opierać na badaniach losów absolwentów i ocenie przydatności zdobytej wiedzy. Powinny też skorzystać z doświadczeń zagranicznych szkół wyższych. Czyli powstaną nowe kierunki. Tak, ale nie będzie ich aż tak wiele, jak się niektórzy spodziewają. Już teraz wiele uczelni oferuje programy spoza ministerialnej listy, czyli tzw. kierunki unikatowe, których jest więcej niż tych z listy, a ponadto makrokierunki i studia międzykierunkowe. A wśród nich jest wiele atrakcyjnych na rynku pracy. W jakim stopniu ta lista się zmieni, zobaczymy w przyszłym roku. Dotychczas program studiów często uzależniano od kadry, a nie oczekiwań gospodarki. Rzeczywiście, zdarzały się programy studiów dopasowane bardziej do kadry niż do potrzeb świata zewnętrznego. Częściowo było to zrozumiałe. Co z tego, że do programu zostaną wpisane przedmioty, na których studenci mają zdobyć aktualną i praktyczną wiedzę, jeżeli nie będzie miał kto jej przekazywać. Aby móc prowadzić określony kierunek, trzeba spełnić wymagania kadrowe. Nowelizacja je obniża na studiach o profilu praktycznym. Ponadto nauczyciele akademiccy nie będą mianowani, co zapewni większą elastyczność zatrudnienia. Nie dotyczy to tylko profesorów. Dzięki temu dziekani będą mogli myśleć bardziej prorynkowo i pozyskiwać praktyków. Myślę jednak, że zmiany dotyczące wymagań kadrowych mogłyby iść dalej. To znaczy? O tym, czy minimum kadrowe jest spełnione, nie powinny decydować jedynie informacje z działu kadr, ale także z sal wykładowych. Polska Komisja Akredytacyjna oprócz sprawdzania, czy uczelnia jest pełnoetatowym miejscem pracy dla odpowiedniej liczby kwalifikowanych nauczycieli akademickich, powinna też brać pod uwagę, kto realnie prowadzi zajęcia. Lepiej bowiem, aby prowadzili je profesorowie cieszący się autorytetem w danej dziedzinie, nawet zatrudniani na podstawie umów cywilnoprawnych, niż etatowi, ale studentom nieznani, bo w praktyce nieobecni w salach wykładowych. Co jednak z działalnością naukową, która jest prowadzona w podstawowym miejscu pracy? Mówimy o akredytacji kierunku studiów, dla której zaawansowana działalność naukowa nie jest wymagana. Ona jest istotna dla studiów doktoranckich, ale tam obowiązują inne wymagania. Od 1 października nauczyciel akademicki może pracować tylko na dwóch etatach, i to za zgodą rektora uczelni. Uczelnie niepubliczne boją się, że te przepisy pozbawią je niezbędnej kadry. Może też być na odwrót. Profesorowie zachęceni wyższymi wynagrodzeniami w sektorze niepublicznym mogą tam wybierać pracę. W efekcie niektóre wydziały uczelni publicznych mogą mieć kłopoty w spełnieniu wymagań. Powszechnie uważa się, że praca na uczelni publicznej jest bardziej prestiżowa. To zależy od uczelni. Nie można przesądzać. Są przykłady, że znani profesorowie wybierali uczelnie niepubliczne jako swoje podstawowe miejsce pracy. Renomowane placówki nie będą miały kłopotów z pozyskaniem kadry. W takim razie uczelnie te również powinny otrzymywać dofinansowanie z budżetu państwa na studentów studiów stacjonarnych. Zgadzam się, że te najlepsze powinny. Dotacja taka podniosłaby jakość kształcenia. To dofinansowanie jest problemem czysto politycznym. Skoro jednak niepubliczny zakład opieki zdrowotnej może leczyć pacjentów na podstawie kontraktu z NFZ, to uczelnia niepubliczna, która spełni określone, wysokie wymagania jakościowe, powinna mieć prawo do dofinansowania ze środków publicznych, żeby obniżyć czesne na studiach stacjonarnych, jak to wynika z ustawy. Sadzę, że po ustaniu zagrożeń budżetowych rząd zdecyduje się na finansowe wsparcie studiów stacjonarnych na najlepszych niepublicznych uczelniach. Porozmawiajmy o studentach. Uczelnie nie chcą podpisywać umów ze wszystkimi, chociaż nowelizacja wprowadza taki obowiązek. To nieprawda. Nowelizacja zmienia tylko katalog opłat, a nie samą zasadę zawierania umów. Zobowiązuje uczelnie do zawierania umowy, gdy student studiów stacjonarnych, a zatem finansowanych przez podatników, będzie zobowiązany do wniesienia jakiejś opłaty, np. za powtarzanie semestru lub za realizację przedmiotów poza limitem punktów ECTS albo za drugi kierunek studiów. Dopóki nie będzie miał takich obowiązków, umowa nie musi być zawierana. Gdyby uczelnie podpisywały umowy ze wszystkimi studentami, byłyby to swego rodzaju umowy prewencyjne, zawierane na wszelki wypadek. Nie ma sensu takie obciążanie uczelni wymaganiami biurokratycznymi, gdy większość studentów kończy studia stacjonarne bez wnoszenia dodatkowych opłat. Niektórzy jednak myślą, że zakres umowy powinien być szerszy, tak aby gwarantowała ona także warunki studiowania. Takie umowy cywilnoprawne zmieniłyby jednak stosunki między uczelnią a studentem i byłyby fundamentalnie niezgodne z aktualnym ustrojem szkoły wyższej. Czy po wprowadzeniu odpłatności za studia stacjonarne uczelnie też nie musiałyby podpisywać umowy? Powszechne czesne zmieniłoby sytuację. W momencie wprowadzenia częściowej odpłatności za studia, w powiązaniu z powszechnie dostępnym dla studentów systemem kredytowym, uczelnie powinny zawierać umowy także na gruncie obecnego prawa. I musiałyby się zobowiązać do wykonania określonej usługi edukacyjnej? Usługi nie wyczerpują pojęcia misji uczelni, która nie jest firmą szkoleniową. Wszystko zależałoby od zapisów ustawy. Ale wtedy można by tak określić zakres rzeczowy umowy, aby obejmowała także pewne warunki studiowania. Obecnie jednak ustawa mówi jedynie o umowie określającej warunki odpłatności za studia. Wracając do obowiązujących przepisów. Bez umowy studentowi trudno będzie dochodzić swoich praw w razie np. zmiany programu studiów, którą dopuszcza nowelizacja. Przed zmianą zasad studiowania w związku z nowelizacją studentów chronią przepisy przejściowe ustawy. Zgodnie z nimi przyjęci na studia przed 1 października 2011 r. studiują według programów opracowanych na dotychczasowych zasadach do końca studiów. Ponadto prawa studentów są chronione przez ich reprezentacje w organach kolegialnych, a także regulaminy studiów. Muszą one określać m.in. termin i sposób podawania do wiadomości studentów planów studiów i programów kształcenia, warunki i tryb odbywania zajęć dydaktycznych, w tym uzyskiwania zaliczeń i składania egzaminów, warunki zmiany kierunku lub formy studiów czy ich ukończenia. Dotychczasowe przepisy zatem wystarczająco dbają o interesy studentów.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA