Komentarze

Plusy i minusy tygodnia

35 lat temu, 23 września 1976 roku, 14 dzielnych ludzi podpisało się pod oświadczeniem powołującym Komitet Obrony Robotników. Spośród tej czternastki żyje do dziś tylko przebywający w USA Stanisław Barańczak oraz Antoni Macierewicz i Piotr Naimski.
To może być dość zaskakujące dla tych, którzy KOR wiążą głównie z tuzami późniejszej Unii Demokratycznej Jackiem Kuroniem, Janem Lityńskim, Henrykiem Wujcem czy Adamem Michnikiem. Owszem, wszyscy oni weszli do KOR, ale (z wyjątkiem Kuronia) nieco później. Mało kto pamięta, że  Komitet w chwili powoływania był pluralistyczny. To potem coraz bardziej skręcał na lewo. Dlatego prawica ma dziś z tradycją korowską kłopot: nawiązywać do niej czy uznać, że określenie korowcy jest tożsame z pojęciem lewicy laickiej? Ale tak samo środowisko liberalno-lewicowego salonu ma problemy z faktem, że to Macierewicz i Naimski, a nie Tadeusz Mazowiecki i Bronisław Geremek, zamiast palić komitet, zakładali własny.  W rezultacie korowska legenda jest trochę niczyja. Ciekawe, jak ten bardzo frapujący fragment dziejów Polski jest słabo opisany. Tylko „Gwiezdny czas" Kuronia to ciekawy opis tamtych czasów.
Słabo opisany i, dodajmy, nieuwieczniony w filmie. Niedawno obejrzałem znów obraz Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek", nakręcony w 1981 roku. W „opozycyjnym" wariancie losów bohatera pokazano koncerty podziemne w prywatnych mieszkaniach, gdzie potrafiło się zmieścić i 50 ludzi. Film przypomniał mi brodaczy w góralskich swetrach i księży z duszpasterstw akademickich, którzy w mig znajdowali wspólny język z poszukującą  wiary młodzieżą. Oglądamy, jak esbecy potrafili zdemolować mieszkanie „korówce" pomagającej robotnikom z Ursusa i jak zwijano ludzi z ulicy z użyciem dziś już unikatowego esbeckiego fiata 132. Dlaczego w ciągu ostatnich dwóch dekad nie zobaczyłem takich obrazków w żadnym polskim filmie, może  z wyjątkiem „Popiełuszki"? Dlaczego opozycyjna epoka lat 70. jest bezpańska? Może to jest tak samo jak z  książkami o Wałęsie, do których pisania nikt się nie garnie? Nigdy nie wiadomo, jaki szczegół może rozsierdzić autorytety moralne. To Janusz Palikot, a nie deklarujący to PJN gryzie ziemię, aby dopchać swoją partię do progu 5 proc. Chamska okładka w „Newsweeku", poparcie Jerzego Urbana i wygłupy medialne co drugi dzień mogą ściągnąć pod jego sztandary wszystkich wyborców z antykatolicką szajbą.
A skoro wizja Palikota w Sejmie powraca,  zmusiłem się z zawodowego obowiązku do  przeczytania jego demaskatorskiej książki „Kulisy rządów Tuska". Co rzuciło mi się jako pierwsze w oczy, Palikot potwierdza wiele tez, jakie stawialiśmy jako „prawicowi publicyści".  Przyznaje, że do koalicji PO – PiS w 2005 roku nie doszło na skutek zemsty przegranego Tuska. Że kolejne kampanie Platformy były z premedytacją wywoływane przez PO. Ze awantura o samolot na szczyt w Brukseli była przyszykowana przez ludzi Tuska,  aby sprowokować prezydenta Kaczyńskiego do wybuchu i zrobienia jakiegoś fałszywego kroku. Niezwykle zabawną stroną książki jest dla odmiany sugerowanie przez Palikota, jak świetnie zna się na zagranicznych markach odzieżowych, i jego oceny, kto zna się na winach, a kto nie. Picie alkoholu i oceny czyichś predylekcji do procentów powracają co rusz w  książce  jak jakaś obsesja. Strzeżcie się czytelnicy kontaktów z Polmosem. Nawyki zostają do końca życia. Spróbujcie dziś napisać, że na dworze kardynała Stanisława Dziwisza „cosik dużo" wpływów PO, a spotkacie się ze świętym  oburzeniem „Gazety Wyborczej". Nic z tego nie rozumiem. Przecież  gdy w 2006 roku Jan Maria Rokita ogłosił podział Kościoła na proplatformerski nurt „łagiewnicki" i zły pisowski nurt „toruński", wielu katolickich liberałów aż cmokało z zachwytu. Media opisywały z sympatią,  jak posłowie PO  jeżdżą na „dni skupienia" do klasztoru w Tyńcu, a w kardynale Dziwiszu widziano kogoś, kto przy cichej pomocy PO wyzwoli episkopat z wpływów Jarosława Kaczyńskiego. Skąd więc dziś ta zmiana? Może dlatego, że Kościół nie uległ syrenim śpiewom posłów PO? A skoro dziś trzeba bić na alarm, że biskupi  i księża zadymili się PiS, to wszelkie upolitycznianie trzeba potępić. Co innego, gdyby zadymili się Platformą... Sam Donald Tusk nie miał cierpliwości do takiej komedii pozorów  i szczerze ogłosił  w końcu, że przed księdzem klękać nie lubi. A  Sławek Nowak – cudowne dziecię Platformy – broni jak lew Nergala. Łagiewnicki projekt rozwiał się jak sen złoty.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL