fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Złe exposé premiera, dobre otwarcie rządu

Otwarcie nowego rządu jako całość wypadło nie najgorzej. Przede wszystkim dzięki stylowi i podtrzymaniu nadziei na dobre zmiany — pisze publicysta
Exposé Tuska było koszmarne w formie i rozwodnione w treści. Premier zmarnował szansę przekazania swojej strategii w sposób komunikatywny. Nawet jeśli się wyciśnie najważniejsze treści z jego mowy, nadal nie wiadomo, jakie mają być priorytety nowego rządu. Szkoda, bo po wyborach 21 października szef Platformy wprowadził do polskiego życia politycznego zupełnie nowy styl i klimat. Złe exposé jeszcze tego nie zmienia. Ale zmarnowanie okazji na sprawne zaprezentowanie dobrego planu dało przez chwilę oponentom Tuska, głównie z PiS, okazję do totalnej krytyki (choć w formie na ogół łagodnej). Trudno się z nią zgodzić, tak jak z bałwochwalczym kadzeniem ze strony koalicji, głównie posłów PO – równie przedwczesnym. Nieprawdą jest zarówno to, że premier nie ma nic do powiedzenia, jak i to, że już jest mężem stanu i wygłosił najlepsze w III RP exposé.
Choć Tusk mówił stanowczo za dużo, to jednak wiele powiedział. Potwierdził główne kierunki zmian, przede wszystkim zmianę filozofii rządu, deklarując na każdym kroku zasadę zaufania do obywateli. Po doświadczeniach z poprzednim gabinetem to naprawdę istotne i za powtarzanie tego do znudzenia akurat nie można mieć pretensji. Ważne, że obiecał zmniejszenie obciążeń fiskalnych, decentralizację władzy, naprawę finansów publicznych, polskiej polityki zagranicznej, służby zdrowia, systemu emerytalnego. Ach, gdyby się tylko na tym skupił... Przekaz byłby łatwiejszy, gdyby premier nie utonął w branżowych wyliczankach. Niestety, nikt w jego otoczeniu nie zdobył się na syntezę resortowych raportów, na których bazie powstaje exposé. To metoda na sprawozdawczy tasiemiec typu „coś dla każdego”, który jednak nie może zadowolić wszystkich. A ważni pominięci (na przykład związki zawodowe czy Kościół) poczują się tym bardziej dotknięci. Warto docenić, że Tusk nie wycofuje się z wyborczych obietnic, przede wszystkim z podwyżek płac dla służby zdrowia i nauczycieli. Konsekwentnie buduje w Polakach nadzieję, gdy przekonuje, pod jakimi warunkami cud gospodarczy jest możliwy. Nie obiecuje – jak chciałby usłyszeć PiS – czegoś niemożliwego. Choć nie wyjaśnia, jak to zrobi – przy jednoczesnym obniżaniu podatków i zmniejszaniu deficytu budżetowego – jednak stosuje lepszą taktykę niż jego poprzednicy. Uczciwszą niż tamto udawanie, że obietnic „taniego państwa” czy „trzech milionów mieszkań” nie było, albo tłumaczenie, że wyborcy się pomylili, bo wszystko źle zrozumieli. Niesłuszna natomiast jest opinia, że exposé wraz z debatą były wolne od rozliczania rządów PiS. Przeciwnie. Od tego się zaczęło. Motto „zaufania” Tusk zbudował na opozycji do poprzedników, którym zarzucił brak podstawowych cnót. Gdy je wyliczał, posłowie PiS zaczęli buczeć. Jednym ruchem uciszył ich Jarosław Kaczyński i chwała mu za to. Tusk atakował w białych rękawiczkach, podczas gdy szef Klubu Parlamentarnego PO używał już później tylko cepa. Najpoważniejszym błędem Tuska jest wycofanie się z obietnicy podpisania Karty praw podstawowych, czyli współczesnej unijnej deklaracji praw człowieka i obywatela. To upokarzające, że Polska nie może poprzeć takiego dokumentu, mimo że prezydent i premier licytują się, który z nich bardziej jest dziedzicem wartości „Solidarności”. Najpoważniejszym błędem Tuska jest wycofanie się z obietnicy podpisania Karty praw podstawowych, czyli współczesnej unijnej deklaracji praw człowieka i obywatela Sposób podania tej informacji też nie był najszczęśliwszy. Nie należało tego robić za pomocą exposé. Poza długością przemówienia to właśnie zaważyło na niedobrym odbiorze mowy premiera. Deklarację w sprawie Karty złożył po dwóch i pół godziny referowania szczegółów, z których często niewiele wynikało (takich jak stwierdzenie, że „Polska odwróciła się od morza” czy zapowiedź rozliczania podatków przez Internet, która już istnieje, choć jest kosztowna). Gdy sporo osób już przysypiało – nie tylko Jarosław Kaczyński, ale także część ministrów nowego rządu – gruchnął prawdziwy news. Niestety, niedobry. Tusk miał tego świadomość. Co gorsza, dał temu wyraz. Tłumacząc się z kłopotliwej zmiany stanowiska, dał do zrozumienia, że winny jest temu PiS z prezydentem, bez których Polska nie mogłaby ratyfikować traktatu reformującego Unię Europejską. I właśnie pod presją skandalu europejskiego Tusk się ugiął i uległ. Za wcześnie. Powinien był walczyć do końca i zmusić Lecha Kaczyńskiego i PiS do ujawnienia tego szantażu, co byłoby wyłącznie ich kompromitacją. Tymczasem ulegając od razu, część odpowiedzialności wziął na siebie (co z tego, że odpowiedzialnie?). Stworzył też bardzo niebezpieczny precedens: mechanizm szantażu bracia Kaczyńscy będą mogli teraz łatwiej stosować, bo wiedzą już, że działa. Jakimś wytłumaczeniem tego stanowiska, ale nie usprawiedliwieniem, może być polityczny realizm. Byłaby to jednak pochwała cynizmu – jeżeli Tusk zimno wykalkulował, że więcej straci, ustępując na samym końcu niż teraz. Taki realizm psuje jednak bardzo obraz polityka-idealisty gotowego zaufać nam zawsze w imię wartości. To przecież zaprzeczenie idei, na której premier zbudował swoje najdłuższe exposé. Tuska uratował Jarosław Kaczyński, wygłaszając jeszcze gorszą i jeszcze mniej komunikatywną mowę. Pseudonaukowy wywód (przydatny być może do dyskusji z profesor Jadwigą Staniszkis), pełen obcych słów i niezrozumiałych odwołań do nauk społecznych, miał udowodnić z góry założoną tezę, że oto nowa ekipa nie tylko wraca do złego, które Kaczyński chciał zatrzymać, ale jeszcze twórczo je rozwija. Na szalony atak w swoim zwykłym stylu szef PiS się nie odważył, i słusznie, bo jeszcze więcej by stracił. „Naukowość” nie przysłoniła jednak uprzedzenia. Tą drogą PiS nieprędko się odbije w sondażach, będzie musiał chyba poczekać na poważniejsze błędy PO. Do wodza dołączyli szeregowi posłowie PiS pełni szczerej wiary, że w swej masie (ponad 100) zadają Tuskowi naprawdę kłopotliwe pytania. I premier znakomicie odpowiadał. Konkretnie, grzecznie, wyczerpująco. Trudno się przyczepić, że trwało to 100 minut. Chcieliście, to macie. Podobny klimat Tusk wprowadził już pierwszego dnia. Zaraz po wystąpieniach szefów klubów podziękował za nowy konstruktywny ton debaty. Wytknął przy tym Kaczyńskiemu delikatnie niestosowność personalnych ataków na ministrów. Nie wytknął, niestety, niczego szefowi Klubu PO, którego mowa była ostrym rozliczeniem PiS i prorządową wazeliną. W zasadzie nie miał też kontrargumentów do wystąpienia Wojciecha Olejniczaka, jedynego mówcy, który celnie go wypunktował. Ale wrażenie nowego stylu zadziałało. Piątkowo-sobotnie otwarcie nowego rządu jako całość wypadło jednak nie najgorzej. Przede wszystkim dzięki stylowi i podtrzymaniu nadziei na dobre zmiany. Mimo przegadanego exposé i zmarnowanej okazji zaprezentowania, że premier wie nie tylko „co”, ale i „jak” skutecznie to zrobić. Tusk szybko się uczy: zaraz po przemówieniu przepraszał za jego długość, nie obrażał się za porównania z Fidelem Castro, a nawet z tego żartował. Podziękowania dla szefów klubów i odpowiedzi na pytania poselskie zatarły złe wrażenie. Jeśli miarą normalności polityki jest to, że obywatelom powinna wydawać się ona nudna (a podobno o tym marzą po niedawnych wojnach wszystkich ze wszystkimi), to Tusk wyszedł nam naprzeciw. Tylko trochę się zagalopował.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA