fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Służby mundurowe

ABW kontra mafia z Wietnamu

ROL
Kilka milionów złotych dziennie wpłacali w jednym z polskich banków azjatyccy przestępcy.
 
1 września jednocześnie w czterech krajach: Polsce, Czechach, na Litwie i Ukrainie, zatrzymano 28 członków międzynarodowego gangu.
– To jedna z najbardziej spektakularnych spraw ostatnich lat, obnażająca sposób działania oraz wpływy w Polsce wietnamskiej mafii, która stała za całym procederem. Cały czas intensywnie badamy sprawę – mówi „Rz" oficer ABW znający kulisy śledztwa.
Na czym zarabiał gang? Na ogromną skalę sprowadzał, m.in. do Polski, ubrania oraz sprzęt RTV i AGD. Ale nie płacił za to odpowiednio wysokiego cła. Bo na importowany towar wystawiali sfałszowane faktury, według których był wart znacznie mniej. Roczny zysk mafii to miliardy złotych (pieniądze ze sprzedaży rzeczy niemal w całości były transferowane za granicę). A Skarb Państwa ponosił ogromne straty.
Śledztwo w tej sprawie – we współpracy ze służbami kilkunastu krajów Europy oraz amerykańskim FBI – od jesieni 2010 r. prowadzą Prokuratura Apelacyjna w Warszawie i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Współpracują m.in. z urzędnikami Ministerstwa Finansów, zajmującymi się walką z praniem brudnych pieniędzy.

Miejscówka za 100 tys.

Jak ustalili śledczy, gang działał od przynajmniej trzech lat. Najpierw towary z Chin i Wietnamu wpływały w kontenerach najczęściej do niemieckich portów, głównie Hamburga.
Już na tym etapie dokumenty opisujące wartości ładunków były sfałszowane.
Zaniżano je nawet dziesięciokrotnie, co poważnie obniżało wysokość cła. (Według danych ABW w 2010 r. Niemiecki Urząd Śledczy prowadził trzy dochodzenia w sprawie zaniżenia wartości celnej towarów importowanych z Dalekiego Wschodu).
Po odprawie celnej gang  przewoził importowany towar, głównie do Czech i Polski. W naszym kraju punktem docelowym była podwarszawska Wólka Kosowska, gdzie znajdują się m.in. magazyny i sklepy. Tam –  jak uważają śledczy – od lat znajduje się centrum wietnamskiego biznesu kontrolowanego przez tamtejszą mafię.
Oficer ABW: – Z naszych informacji wynika, że każdy Wietnamczyk chcący prowadzić tu biznes, wykupuje „miejscówkę" za 100 tysięcy dolarów. Jest to traktowane jako zadłużenie, które musi regularnie spłacać. Oprócz tego musi opłacać m.in. koszty użytkowania i inne haracze. Trzeba też pamiętać, że przeważająca część sprzedawanych tam towarów jest nierejestrowana i nie odprowadza się od tego podatku.
W ten sposób „produkowana" jest gigantyczna ilość brudnych pieniędzy, liczona w miliardach złotych. Trudno wręcz oszacować, ile traci na tym Skarb Państwa.
Można jednak przypuszczać, że skala jest ogromna. Z danych ABW wynika, że w 2010 r. w Wólce Kosowskiej zarejestrowanych było 1420 podmiotów gospodarczych należących głównie do Wietnamczyków (część z nich mieszka poza Polską).
Z tego 57 proc. (771 podmiotów) w ogóle nie złożyło zeznań podatkowych.
Te, które rozliczyły się z fiskusem, w przedstawionych dokumentach wykazały prawie 4 mld zł obrotu.
Tylko co piąty wietnamski przedsiębiorca zadeklarował, że w 2010 r. uzyskał jakikolwiek dochód – w sumie było to 41,5 mln zł. Z tego odprowadzony podatek to 7,5 mln zł.

Uciekał, połamał nogi

W sierpniu polskie służby, m.in. ABW, przeprowadziły nalot na Wólkę Kosowską. Jeden z Wietnamczyków postanowił ratować się ucieczką, wyskakując z pierwszego piętra jednego z budynków. Złamał sobie nogi i trafił do szpitala. ABW ustaliło, że często kontaktował się z przedstawicielami ambasady Wietnamu w Polsce.
Gdy już mógł opuścić szpital, wyjechał z Polski do innego  kraju Unii Europejskiej i stamtąd samolotem wrócił do Wietnamu. – Nie mieliśmy wystarczających dowodów, aby go aresztować i postawić zarzuty, nie mogliśmy go więc zatrzymać – ubolewa oficer ABW.
Przyznaje jednak, że w firmie, w której był zatrudniony Wietnamczyk, zabezpieczono podczas akcji 3,5 mln zł w gotówce. Pieniądze próbowała potem odzyskać właścicielka firmy – obywatelka Wietnamu, która wynajęła znaną warszawską kancelarię prawną. Ostatecznie to się nie udało.
Najprawdopodobniej te 3,5 mln zł miało zostać przekazanych za granicę. Polskie służby odkryły dwa kanały przerzutu przez wietnamską mafię „zarobionych" kwot.
Pierwszy – gotówkowy – był oparty na sieci kurierów. Najpierw zdobyte przez mafię pieniądze zaprzyjaźnieni właściciele warszawskich kantorów wymieniali na dolary. Te były pakowane i przekazywane kurierom – obywatele Ukrainy. Nad wszystkim pieczę sprawował S.T., obywatel Polski.
Część pieniędzy kurierzy przewozili pociągiem relacji Warszawa – Kijów. Chowali je w swoich bagażach lub specjalnych skrytkach w wagonach. Niektórzy gotówkę transportowali na Ukrainę samochodem. Takie kursy, zarówno autami, jak i pociągiem, odbywały się bardzo często, kilka razy w tygodniu. A każdy z kurierów miał paczkę z kilkuset tysiącami dolarów. W sumie miesięcznie tym sposobem na Ukrainę wywożono ok. 30 – 40 mln dolarów.

300 źródeł informacji

Śledczy ustalili, że innym kanałem transferu pieniędzy był jeden z oddziałów znanego polskiego banku. Na konta kilkudziesięciu firm, związanych z Wietnamczykami mającymi tam rachunki, w ciągu dwóch lat (2009 – 2010) trafiło prawie 1,5 mld zł.
Pieniądze wpłacano w gotówce, kilka razy w tygodniu. – Za każdym razem było kilka milionów złotych – mówi oficer ABW. Robiły to zawsze te same dwie osoby. Jak stwierdzili badający sprawę, dzięki zmowie z pracownikami banku informacje o tak dużych wpłatach nie trafiały do służb finansowych, odpowiedzialnych za walkę z praniem brudnych pieniędzy.
Niemal zaraz po zaksięgowaniu na koncie pieniądze były przewalutowywane na dolary i przesyłane na Ukrainę do tzw. parabanków. Śledczy prześledzili, że stamtąd trafiały na konta w łotewskim Trasta Comercbanku lub na rachunki w litewskim Ukio Bankas, po czym  bardzo szybko znikały z kont i były przesyłane do rajów podatkowych, np. Belize, lub na konta bankowe w Stanach Zjednoczonych, Chinach i Wietnamie.
Mózgiem grupy był bardzo zamożny, czterdziestokilkuletni Wietnamczyk mieszkający w Kijowie. Miał m.in. liczne rezydencje i apartamenty na Ukrainie oraz całą flotę luksusowych aut. To on odbierał przewożoną przez kurierów z Polski gotówkę, a przez należące do niego trzy parabanki przesyłano pieniądze. Często bywał w Polsce i Czechach, gdzie nadzorował działalność grupy.
– U nas nie rzucał się w oczy. Poruszał się starymi autami, nie obnosił się ze swoim bogactwem – opowiada oficer ABW. Został zatrzymany podczas międzynarodowej akcji 1 września na Ukrainie przez tamtejszą Służbę Bezpieczeństwa.
Tego dnia w Polsce zatrzymano 24 osoby, służby dokonały 180 przeszukań, zabezpieczyły tysiące dokumentów księgowych, faktur i umów oraz około 15 mln zł w gotówce.
– Ustaliliśmy, że wielu Wietnamczyków przebywało w naszym kraju na podstawie kart stałego pobytu wystawionych przez czeskie urzędy – mówi oficer ABW. – Podczas przeszukań nie znaleźliśmy żadnej broni, poza pojedynczymi przypadkami pistoletów gazowych.
Przyznaje jednak, że w czasie realizacji operacji nie brakowało problemów. – Środowisko Wietnamczyków jest bardzo hermetyczne. Wielu z nich nie zna języka polskiego, a nawet jeśli go zna, to się do tego nie przyznaje. Udało się jednak rozwiązać ten problem – podkreśla nasz rozmówca. Dodaje, że w całej sprawie agencja korzystała z pomocy ok. 300 tzw. osobowych źródeł informacji.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora p.nisztor@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA