fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Koniec zbiorowej psychozy

Dlaczego Jarosław Kaczyński, ten wirtuoz grania na ludzkich lękach, wieloletni dyrygent w orkiestrze polskich frustracji, nagle zgubił rytm i utracił zdolność zarażania Polaków swymi obsesjami? – pyta publicysta Wojciech Maziarski
Znamy takie sceny z filmów: zaczyna się od jednego osobnika, który wszczyna awanturę. Stopniowo dołączają do niego kolejni. Po chwili już cała zbiorowość oddziału pogrąża się w amoku. Atmosferę studzi dopiero sikawka w rękach strażników lub sanitariuszy, w zależności od tego, gdzie rozgrywa się akcja filmu.
W realnym świecie sikawkę zastępuje czasem urna wyborcza. Widać wyraźnie, że od dnia wyborów parlamentarnych polski amok polityczny stopniowo gaśnie. Przywódcy obozu IV RP tracą wyznawców, kolejne jednostki i grupy społeczne wyrywają się spod ich hipnotycznego wpływu.
Bodaj Wiktor Osiatyński jako pierwszy użył terminu „zbiorowa psychoza” dla opisania stanu ducha wielu Polaków w okresie rządów PiS. To celna diagnoza. Sięgnijmy po definicję słownikową: psychoza to stan umysłu, w którym doznaje się silnych zakłóceń w percepcji rzeczywistości. Osoba w stanie psychozy może doświadczać halucynacji, paranoidalnych urojeń i obsesji, nagłych zmian osobowości, a jej sposób myślenia ulega dezorganizacji. Cierpiący na psychozę zazwyczaj nie są świadomi tego, że widziany przez nich obraz świata jest zaburzony. Wydaje się im, że normalnie postrzegają rzeczywistość i normalnie w niej funkcjonują. Ten opis dobrze pasuje do zadziwiającego fenomenu, jakim był w minionych dwóch latach wielki ruch polityczny zbudowany przez Jarosława Kaczyńskiego. Jego fundamentem, a zarazem warunkiem zaistnienia, były zakłócenia w percepcji rzeczywistości objawiające się przekonaniem, że za fasadą znanego nam świata czai się inna rzeczywistość, w której rządy sprawują tajemnicze siły, tworzące wrogi „układ”. Polska według PiS przypominała świat z serialu „Archiwum X” – nic tu nie było tym, na co wyglądało, i nikt nie był tym, za kogo się podawał. Instytucje niezależne od rządu, organy samorządów zawodowych i terytorialnych, instancje kontrolne i sądownicze, wolne media, prywatny biznes, środowiska prawników, uczonych i artystów – wszystko to razem tworzyło w wizji PiS złowrogą szarą sieć nastawioną na realizację własnych, nieujawnionych przed opinią publiczną interesów. Jakie to miałyby być interesy? W imię czego mieliby wspólnie konspirować profesor prawa Andrzej Zoll, biznesmen Ryszard Krauze, publicysta Tomasz Lis i poetka Wisława Szymborska? Samo stawianie takich pytań, podobnie zresztą jak zgłaszanie wątpliwości i krytykowanie rządzących, było dostateczną podstawą, by zostać uznanym za eksponenta „układu”. To też charakterystyczne – osobnik w stanie psychozy każdą krytykę i każdy sprzeciw uznaje za „wściekły atak” i potwierdzenie swych urojeń. W ten sposób nawet pielęgniarki walczące o lepsze zarobki zostały zaliczone do spisku. Ruch społeczny oparty na zbiorowej psychozie, cieszący się w stadium szczytowym poparciem ok. 30 proc. aktywnego elektoratu – to istne eldorado dla psychologów społecznych i socjologów. Być może polska myśl społeczna doczeka się swojego Ericha Fromma, który analizując genezę i wewnętrzną dynamikę obozu IV RP, napisze rozprawę tłumaczoną na dziesiątki języków. Nazwie ją zapewne „Ucieczka od rozumu”. By jednak móc badać dwuletni okres rządów PiS, najpierw należałoby się upewnić, że jest to już epizod zamknięty. Że Polsce nie grozi już recydywa rządów Jarosława Kaczyńskiego. Bo przecież nie jest to oczywiste samo przez się. W minionych 18 latach lider PiS ponosił klęski, z których się podnosił. Dwukrotnie dochodził do samego szczytu. Po raz pierwszy – gdy w 1990 r. wykorzystał polityczne ambicje Lecha Wałęsy i rzucił hasło „przyspieszenia”. Po raz drugi jego gwiazda rozbłysła w 2005 roku. W obu tych przypadkach Kaczyński zastosował podobny repertuar środków politycznych. Warto się im przyjrzeć, bo są swoistym znakiem firmowym jego polityki. Gdyby miał wracać po raz trzeci, zapewne znowu skorzystałby ze sprawdzonych patentów. I w 1990, i w 2005 r. Kaczyński starał się pozostać, jak długo się da, na drugim planie i stamtąd pociągać za sznurki. Władza sprawowana oficjalnie, w ramach jawnych procedur i struktur, zużywa polityka, powoduje erozję jego autorytetu i popularności. Władza cienia, władza zakulisowa, sprawowana za pośrednictwem marionetek, jest wolna od takich kosztów. Miast spalać się w rządzeniu, lepiej być demiurgiem, który namaszcza i obala premierów oraz prezydentów, sam zaś nie ponosi ani odpowiedzialności, ani politycznego ryzyka. Dlatego Kaczyński w 1990 r. ukrył się w cieniu Lecha Wałęsy najpierw jako nieformalny wódz i główny strateg pospolitego ruszenia w kampanii prezydenckiej, zaś po wygranych wyborach – jako szara eminencja w Kancelarii Prezydenta. Jego plany pokrzyżował dopiero Wałęsa, który wyłamał się z roli, jaką Kaczyński dla niego przewidział. Dwa lata temu Kaczyński znowu ukrył się w cieniu Lecha, jednak tym razem był to Lech Kaczyński, polityk niezdolny do odegrania samodzielnej roli i całkowicie podporządkowany bratu bliźniakowi. Symbolem relacji między nimi stał się słynny meldunek o wykonaniu zadania złożony Jarosławowi przez Lecha po wygranych wyborach. Nic nie wskazuje, by po zwycięstwie Kaczyński zamierzał osobiście objąć ster rządów. Zdecydował się grać na własny rachunek dopiero w momencie, gdy poczuł, że Kazimierz Marcinkiewicz – bezwolna marionetka postawiona na czele rządu – nabiera sił i zaczyna odgrywać samodzielną rolę, że jeszcze chwila i zerwie się z uwięzi. Scenariusz z lat 1990 i 2005 jest dziś nie do powtórzenia. Jeśli Jarosław Kaczyński miałby teraz myśleć o odzyskaniu utraconych pozycji, musiałby polegać tylko na sobie. Nie ma dziś w Polsce żadnego polityka ani osobistości publicznej, w których cieniu mógłby się ukryć i których autorytetu oraz popularności mógłby użyć w charakterze politycznego tarana. Nie ma nowego Wałęsy, Lech Kaczyński jest cieniem samego siebie sprzed dwóch lat. Najmocniejszą kartą w talii Jarosława Kaczyńskiego jest dziś sam Jarosław Kaczyński. A jest to karta dość zgrana i osłabiona porażkami. Może nie blotka, ale na pewno nie as atutowy. Najwyżej walet. Z waletami raczej się nie wygrywa. I w 1990, i w 2005 r. Jarosław Kaczyński zbudował ruch, którego fundamentem była zwarta i zdyscyplinowana partia. Wokół Porozumienia Centrum oraz Prawa i Sprawiedliwości zgromadził się szeroki front sił, ugrupowań, związków zawodowych, środowisk i osób ze znanymi nazwiskami. Zarówno pospolite ruszenie na rzecz prezydentury Lecha Wałęsy, jak i obóz PiS w 2005 r. miały w pewnym sensie charakter koalicji ogólnonarodowych. Tego typu koalicje czy fronty ludowe w stadium wzrostu często wykazują dynamikę kuli śniegowej. Toczą się niepowstrzymanie niczym walec, zagarniając kolejne grupy elektoratu i miażdżąc politycznych przeciwników. Jarosław Kaczyński okazał się utalentowanym specjalistą z dziedziny inżynierii politycznej. I w 1990, i w 2005 r. umiejętnie podsycał tę dynamikę, sterując kulą tak, by przetoczyła się przez najważniejsze segmenty polskiego społeczeństwa. Dzięki temu w zwycięskim obozie znalazło się miejsce dla przedstawicieli wszystkich warstw społecznych i grup zawodowych. Dziś jednak obserwujemy dynamikę odwrotną: PiS-owska kula stopniowo się kurczy i traci kolejne warstwy. Potężny do niedawna obóz zawęża się do grup najwierniejszych wyznawców Jarosława Kaczyńskiego. Nie ma już w nim młodzieży, nie ma przedsiębiorców, nie ma klasy średniej, nie ma grup wielkomiejskich i wyżej wykształconych, nie ma prawników, nie ma lekarzy. Można też wymieniać nazwiska polityków, komentatorów i intelektualistów, którzy niegdyś akceptowali linię polityczną PiS, a dziś są jej mniej lub bardziej radykalnymi krytykami: Jadwiga Staniszkis, Cezary Michalski, Kazimierz Marcinkiewicz, Marek Jurek, Radosław Sikorski, Antoni Mężydło. Nazwiska Pawła Zalewskiego, Kazimierza Ujazdowskiego i Ludwika Dorna wskazują, że od PiS-owskiej kuli śniegowej odlepiają się już nie tylko warstwy zewnętrzne, proces dezintegracji sięgnął samego jądra. W publicznych wypowiedziach Kaczyński bagatelizuje problem, jednak musi rozumieć, jak wielkie straty poniósł. Stopniowe zawężanie się formuły PiS ogranicza mu pole manewru i pozbawia go możliwości docierania do istotnych grup społecznych, a to w przeszłości było źródłem jego sukcesów. Przecież dwie kampanie polityczne – i tę z 1990, i tę z 2005 roku – wygrał właśnie dzięki mówieniu wieloma głosami do różnych grup elektoratu. Z jego obozu politycznego płynęły różne, często wzajemnie sprzeczne komunikaty. Niejednokrotnie zresztą miały charakter jedynie zawoalowanej sugestii, swoistego puszczania oka. A czasem nawet nie trzeba było nic mówić, wystarczyło wyeksponować obecność tej czy innej postaci w szeregach ruchu. Jednych wyborców przekonywał do PiS Kazimierz Michał Ujazdowski, dla innych magnesem był Ryszard Bender. Na ludowych wiecach w kampanii 1990 r. pojawiały się aluzje antysemickie, ale w tym samym czasie intelektualiści popierający PC jednoznacznie odcinali się od antyżydowskich haseł. PiS odwoływało się do antyniemieckich stereotypów, lecz równocześnie rządzący chwalili się spotkaniami z Angelą Merkel. Przywódcy PiS podsycali ludową niechęć do biznesmenów i bogaczy, takich jak Ryszard Krauze, ale w tym samym czasie ich bohaterem stał się Roman Kluska zatrudniony do prac nad pakietem ułatwień dla biznesu. Dzięki takiej – w istocie schizofrenicznej – polifonii Jarosław Kaczyński mógł sobie pozwolić na luksus tolerowania nawet najbardziej skandalicznych wypowiedzi i deklaracji. Nie musiał się obawiać, że pozyskując elektorat nacjonalistyczny czy skrajny, skompromituje się w oczach światlejszych wyborców. Przecież w jego szeroko rozumianym obozie Sikorski równoważył Bendera, Zalewski Macierewicza, a Ujazdowski Cymańskiego. Gdyby ktoś chciał formułować zarzuty, wystarczyło po prostu zapytać: „Czy godzi się oskarżać o tak brzydkie rzeczy partię, której lider jest żoliborskim inteligentem, a we władzach zasiadają tacy ludzie jak Kazimierz Michał Ujazdowski i Paweł Zalewski?”. Tyle że dziś już we władzach PiS nie ma ani Ujazdowskiego, ani Zalewskiego. Ani wielu innych. Z obozu Jarosława Kaczyńskiego ewakuowali się niemal wszyscy politycy umiarkowani. Zniknęli intelektualiści, publicyści, eksperci. Jedna z szal wagi opustoszała. W tym samym momencie druga poszła w dół, ciągnąc za sobą wizerunek PiS. Jarosław Kaczyński nie stoi już na czele szerokiego, wielonurtowego obozu odzwierciedlającego przekrój polskiego społeczeństwa. Jest przywódcą partii skrajnej, w której ton nadają środowiska antyliberalne, antyeuropejskie, nacjonalistyczne, nieufne wobec współczesnego świata itd. To kładzie kres marzeniom o powrocie do władzy w przewidywalnej przyszłości. Z miejsca, w którym dziś stoi, Jarosław Kaczyński nie ma szans na pozyskanie nowych zwolenników. Najwyżej może trwać jako charyzmatyczny lider w stopniowo kurczącym się getcie. W listopadzie 2007 roku coraz wyraźniej widać, że wizje Jarosława Kaczyńskiego, do niedawna hipnotyzujące Polaków, utraciły magnetyczną moc. Coraz mniej emocji budzą w słuchaczach rewelacje o uwłaszczającej się nomenklaturze i agentach WSI. Przestają przemawiać do wyobraźni teorie o zdradzie elit, o zmowie salonów, o antynarodowej warszawce, która rzekomo pogardza „prostym człowiekiem”. Co się stało? Dlaczego Jarosław Kaczyński, ten wirtuoz grania na ludzkich lękach, wieloletni dyrygent w orkiestrze polskich frustracji, nagle zgubił rytm i utracił zdolność zarażania Polaków swymi emocjami i obsesjami? Postarzał się? Zmęczył kilkunastoletnią walką? Postradał słuch? Nie, to nie on się zmienił. To w Polsce – tu wracamy do początku naszych rozważań – coś się zmieniło. Coś odtajało w atmosferze społecznej, coś się ociepliło w klimacie nastrojów i oczekiwań, coś złagodniało. Rozpogodziło się. Wszystkie badania socjologiczne i sondaże opinii zgodnie pokazują, że w Polsce roku 2007 dominuje optymizm, ufność i nadzieja. Po latach wyrzeczeń i ponoszenia ciężarów transformacji, po doświadczeniach masowego bezrobocia i strachu przed jutrem, Polacy zaczęli odzyskiwać poczucie pewności siebie i wiarę w lepszą przyszłość. Wreszcie znaleźli zatrudnienie, zaczęli się bogacić i uwierzyli, że ten stan się utrzyma. Zaczęli konsumować i zasmakowali w tej konsumpcji. Pojechali do Europy i spodobało się im tam. Albo nie pojechali, ale dostali stamtąd dotacje, i też im się spodobało. Dlatego dzisiaj nie boją się ani Brukseli, ani eurokonstytucji, ani dziadka z Wehrmachtu. Nie boją się rynku ani bezrobocia. Ani prywatyzacji szpitali. Nie boją się wykształciuchów, salonów ani mitycznych agentów WSI, których widział jedynie Antoni Macierewicz. Generalnie nie boją się świata, w którym żyją. Ludzie wyzwoleni od strachu uwalniają się też od podejrzliwości, halucynacji, obsesji i paranoidalnych urojeń. Tak oto skończyły się w Polsce czasy psychozy. To zła wiadomość dla Jarosława Kaczyńskiego. Autor jest zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Newsweek”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA