Film

Zbrodnia na usługach polityki

Akty terrorystyczne – porwania, zamachy, podkładanie bomb w miejscach publicznych, porwania samolotów, statków – zdominowały dziś kino sensacji.
Scenarzyści rzadko przy tym odwołują się do rzeczywistych aktów przemocy. Swobodnie puszczają wodze fantazji, skupiając się przede wszystkim na atrakcyjności przekazu. Wszelkie bowiem wybuchy przy obecnym poziomie efektów specjalnych świetnie się prezentują na ekranie, a postacie terrorystów psychopatów pozwalają stworzyć gwiazdom interesujące kreacje. Natomiast terroryzm jako patologiczna forma walki o cele polityczne rzadko pojawia się na ekranie. Przypominamy sześć filmów obrazujących to zjawisko.
Scenariusz Krzysztofa Teodora Toeplitza oparty został na motywach powieści Andrzeja Struga „Dzieje jednego pocisku”. Pisarz zawarł w niej wiele osobistych doświadczeń z okresu pracy wśród konspiratorów z Organizacji Bojowej PPS, powstałej w marcu 1905 r. z inicjatywy Józefa Piłsudskiego w okresie powszechnych strajków w Królestwie Polskim. W akcie odwetu za terror władz organizowano zamachy na funkcjonariuszy policji, patrole kozaków, wysokich urzędników carskiej administracji. Losy bohaterów, zarówno książki, jak i filmu, wiąże ze sobą przechodząca z rąk do rąk bomba ze specjalnym zapalnikiem wyprodukowana w tajnej pracowni pirotechnicznej. Miała służyć unicestwieniu wroga, przyniosła jednak śmierć lub nieszczęście kolejnym właścicielom. Wspaniałą kreację stworzył, wówczas prawie debiutant, Bogusław Linda jako anarchista Gryziak. W jego wykonaniu to postać przerażająca, jeśli próbować przyłożyć do niej kryteria moralne, ale jednocześnie człowiek do końca wolny. To poczucie daje mu pogarda dla życia, przede wszystkim własnego. Po 11 września 2001 r. Hollywood opóźniło o kilka miesięcy premiery filmów, których fabuła dotyczyła aktów terrorystycznych. Potem przez kilka lat jedynie w symbolicznych epizodach nawiązywano do wydarzeń owego tragicznego dnia. Nie chcąc ranić uczuć amerykańskiej publiczności i bojąc się odrzucenia, a co za tym idzie klęski finansowej, dopiero przed rokiem stworzono pierwsze obrazy dokumentujące wydarzenia sprzed sześciu lat. „Lot 93” to szczegółowa paradokumentalna rekonstrukcja zdarzeń, jakie zapewne miały miejsce w samolocie linii United lecącym z 44 osobami (w tym czterema terrorystami al Kaidy) z podnowojorskiego Newark do San Francisco. Dramatyczne wydarzenia na pokładzie (zrekonstruowane na podstawie rozmów z rodzinami ofiar) skorelowane są z pracą personelu naziemnych, cywilnych i wojskowych stacji kontroli lotów. Opóźnienie startu spowodowało, że pasażerowie dowiedzieli się (czego terroryści nie przewidzieli) o atakach na World Trade Center i Pentagon. Zdając sobie sprawę, co ich czeka, podjęli rozpaczliwą próbę odbicia samolotu z rąk arabskich porywaczy. 1972 r., Monachium. Trwa drugi tydzień olimpijskich zmagań. 5 września o godz. 4.30 grupa palestyńskich terrorystów atakuje wioskę olimpijską: zabija dwóch członków izraelskiej drużyny i bierze dziewięciu zakładników. Przez następne 21 godzin świat z napięciem obserwuje rozwój wydarzeń zakończonych – wskutek nieudolnej akcji niemieckiej policji – śmiercią zakładników i pięciu terrorystów. Pozostało ich przy życiu 11 – wywiad izraelski zidentyfikował wszystkich, choć rozpierzchli się nie tylko po Europie. W Izraelu premier Golda Meir podpisuje tajny rozkaz powołujący grupę bojowników, której celem jest odnalezienie i likwidacja morderców z Monachium. W „Monachium” fakty mieszają się z fikcją bądź przypuszczeniami. Do stworzenia antyterrorystycznego komanda rząd Izraela nigdy się nie przyznał, ale niemal wszyscy uczestnicy monachijskiego zamachu zginęli. Finałowy najazd kamery na zniszczone przez terrorystów al Kaidy 11 września 2001 r. wieże nowojorskiego World Trade Center sugeruje, że arabski terroryzm ma już długoletnie złowrogie tradycje. Konflikty na tle religijnym między katolikami a protestantami oraz narodowościowe między Irlandczykami a Brytyjczykami, których podłoże jest mało zrozumiałe dla kogoś z zewnątrz, od wielu lat wstrząsają Irlandią Północną. W Omagh, niewielkim miasteczku w Irlandii Północnej, katolicy i protestanci od lat żyli obok siebie w pokoju. 15 sierpnia 1998 r. spokój miasteczka został tragicznie zakłócony. Niewielka grupa członków IRA Tymczasowej, niezadowolona z tzw. porozumień Wielkiego Piątku, dokonała terrorystycznego zamachu. Wybuch wyładowanego dynamitem samochodu uśmiercił 31 przypadkowych przechodniów, ponad 300 ranił, część miasteczka legła w gruzach. Akcja miała skłócić mieszkańców i storpedować przygotowania do referendum pokojowego. Z dokumentalną dokładnością twórcy przedstawiają wydarzenia owego tragicznego dnia, koncentrując się ostatecznie na próbach bezskutecznego dotarcia do sprawców, jakie podjęła skupiająca rodziny ofiar tzw. Grupa Wsparcia z Omagh. Ten film przywołuje historię porwania i zamordowania przez Czerwone Brygady w 1978 r. premiera i przywódcy włoskiej chadecji Aldo Moro. Ale nie jest on prostą krytyką terroryzmu, co dziś wydawałoby się całkowicie na miejscu. Twórca przedstawił czwórkę młodych ludzi zarażonych fanatyczną ideologią. Dla nich porywanie i mordowanie polityków to akt wiary nowej religii odwołującej się do utopii społecznych. Liczą na to, że ich czyn pobudzi do działania – jak za Stalina czy Mao – zmitologizowane „masy robotnicze”, wybuchnie rewolucja, która zmiecie istniejący ład polityczny. Co będzie potem, jeszcze nie wiedzą, ale to nieważne. Filmowe wydarzenia oglądamy z perspektywy jedynej wśród porywaczy kobiety, młodej bibliotekarki. Na ekranie nie ma porwania, bo ona w nim nie uczestniczyła. Dowiadujemy się o nim – tak jak ona – z telewizji. Choć zastrzelono pięciu policjantów i ochroniarzy, dziewczyna podskakuje z radości. A potem jest codzienność w wynajętym mieszkaniu, w którym jest więziony premier. Masakra w szkole średniej Columbine w Littletown, gdzie 20 kwietnia 1999 r., w rocznicę urodzin Hitlera, dwóch jej uczniów zastrzeliło 13 osób, a wiele raniło, sprowokowała Michaela Moore’a do realizacji „Zabaw z bronią”. To pełnometrażowy dokument poświęcony zamiłowaniu Amerykanów do broni palnej i problemowi łatwego do niej dostępu. Gusowi Van Santowi ten sam tragiczny temat posłużył do rozważań nad rolą przypadku. Reżyser nie tropi przyczyn zbrodniczej agresji, nikogo nie obwinia, sposobem relacjonowania zdarzeń, długimi ujęciami wyrywa się z codzienności w rejony czystej poezji. Nie znaczy to jednak, że zabiegami formalnymi próbuje zacierać wagę zbrodni. Po prostu interesuje go co innego, o czym świadczy także metaforyczny, na pierwszy rzut oka nijak mający się do zawartości filmu, tytuł. Zanim zdarzy się finałowa masakra, poznajemy kolejne postacie dramatu w ostatnich minutach ich życia. Podczas codziennych zajęć, na treningu, w stołówce, bibliotece. Potem kamera zajmuje się przyszłymi zabójcami, ich przygotowaniami do planowanej od dawna masakry.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL