fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Piotr Gontarczyk o procesie Lecha Wałęsy

Piotr Gontarczyk
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Wyrok wydany w sprawie Wałęsa – Wyszkowski potwierdza jedną z fundamentalnych zasad funkcjonowania III Rzeczypospolitej: kiedy obraduje sąd, nikt nie może czuć się bezpieczny – pisze historyk
W listopadzie 2005 r., komentując fakt nadania przez IPN Lechowi Wałęsie „statusu pokrzywdzonego" opozycjonista i dziennikarz Krzysztof Wyszkowski publicznie stwierdził, że historyczny przywódca „Solidarności" był w przeszłości agentem SB i za współpracę z bezpieką brał pieniądze. Ta nieco emocjonalna wypowiedź spowodowała, że Wałęsa wytoczył Wyszkowskiemu proces o naruszenie dóbr osobistych. Głównym argumentem, po jaki sięgnął, było korzystne dla niego orzeczenie Sądu Lustracyjnego z 2000 r.
Kłopot w tym, że wartość tego orzeczenia jest wątpliwa. Sąd lustracyjny miał niewiele czasu, by – przed wyborami prezydenckimi – solidnie zbadać sprawę, pomijając już kwestię wiedzy i woli sędziów.

Krótka praca sądu lustracyjnego

Z przedłożonych wtedy sądowi lustracyjnemu dokumentów SB wynikało, że w latach 1970 – 1976 Lech Wałęsa był zarejestrowany przez gdańską SB jako TW ps. Bolek. Wprawdzie brakowało teczki personalnej i teczki pracy tego agenta (zniknęły w latach 80.), ale zachowana w stanie szczątkowym dokumentacja pozwalała na odtworzenie podstawowych faktów. Z akt sprawy wynikało też, że w latach 80. SB usiłowała wykorzystać przeciwko przywódcy „Solidarności" dokumenty dotyczące TW ps. Bolek, próbując jego działalność „wydłużyć" poza lata faktycznej rejestracji 1970 – 1976.
Sąd lustracyjny nad sprawą pracował krótko, ledwie kilka dni. Wszystko do czasu, kiedy do sądu dotarła ściśle tajna dokumentacja śledztwa dotyczącego kradzieży dokumentów TW „Bolek" w latach 90. Z akt tych wynikało, że ów przestępczy proceder miał miejsce w czasie prezydentury Lecha Wałęsy i sam Wałęsa nie był tu osobą postronną.
W jednym z dokumentów szef UOP Zbigniew Siemiątkowski pisał w 1996 r. do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego: „byłemu prezydentowi RP Lechowi Wałęsie dwukrotnie przekazane zostały materiały SB dotyczące jego osoby (...) w oparciu o dokonaną analizę materiałów aktualnie znajdujących się w UOP stwierdzono, że nie zostały zwrócone do chwili obecnej m.in. dokumenty dotyczące agenturalnej działalności Lecha Wałęsy, notatki i doniesienia agenturalne od Lecha Wałęsy, jego dokumenty rejestracyjne, pokwitowania Lecha Wałęsy na odbiór wynagrodzenia za działalność agenturalną".
Po dostarczeniu do sądu akt wspomnianego śledztwa przewód został zamknięty, a potem wydano wyrok. Głosił on, że nie wiadomo, co w dokumentacji dotyczącej Wałęsy jest prawdziwe, a co nie, gdyż w latach 80. SB dokonywała w tej kwestii  manipulacji. O tym, że działania te były przecież prowadzone w oparciu o autentyczne dokumenty TW ps. Bolek z lat 70., nie było nawet słowa.

Logiczne zeznania świadków

Sąd pierwszej instancji podszedł do sprawy Wałęsa – Wyszkowski z należną dociekliwością. Sędzia Urszula Malak dysponowała dokumentami z IPN, zeznania złożyło dwóch istotnych świadków: historyk Sławomir Cenckiewicz i Janusz Stachowiak, jeden z kilku oficerów prowadzących TW ps. Bolek.
Cenckiewicz opisał swoje badania, które doprowadziły do odnalezienia wielu archiwaliów dotyczących skrywanego fragmentu życiorysu Wałęsy. Opisał też szereg logicznych i pasujących do siebie faktów i dokumentów.
Były oficer SB Janusz Stachowiak opowiedział, jak prowadził sprawę TW ps. Bolek w latach 70. W jego dyspozycji znajdowała się teczka personalna i teczka pracy tego agenta, choć Stachowiak nigdy nie spotykał się z „Bolkiem" osobiście. To robił za niego rezydent SB uplasowany w stoczni o pseudonimie Madziar.
Stachowiak z detalami opisał, jakie dokumenty znajdowały się w teczkach TW „Bolek" na początku lat 70., w tym także doniesienia i pokwitowania przyjęcia pieniędzy. Świadek wskazał, że TW ps. Bolek był Lech Wałęsa.
Zeznania Stachowiaka – podobnie jak szereg zachowanych dokumentów SB – podważają „ustalenia" sądu lustracyjnego, jakoby sprawa mogła być spreparowana w latach 80. w celu skompromitowania ówczesnego przywódcy „Solidarności".
Dziś informacji na temat tożsamości TW Bolek nie kwestionuje żaden poważny naukowiec
Analizując relacje Cenckiewicza i Stachowiaka Sąd Okręgowy w Gdańsku stwierdził:
„ich zeznania były logiczne i rzeczowe, a także pozostawały wzajemnie niesprzeczne i wraz z materiałem dokumentarnym tworzyły jednolity obraz stanu faktycznego w niniejszej sprawie. Nadto zdaniem sądu, strona powodowa nie przedstawiła żądnych dowodów mających przeczyć zeznaniom świadków i tym samym nie zdołała ich podważyć".
Wyrok podkreślał jednak, że zadaniem sądu nie było orzeczenie, czy Wałęsa był agentem czy nie, bo to sprawa dla debaty publicznej i historyków. Ale odnosząc się bezpośrednio do słów Wyszkowskiego uznał: „w świetle konkretnych przedstawionych przez pozwanego dowodów był on uprawniony w rozumieniu art. 12 ustawy prawo prasowe do zaprezentowania tej konkretnej wypowiedzi, ponieważ opierała się ona na zebranych ze starannością i rzetelnością dziennikarską materiałach".

„Nieoryginalne" dokumenty

Wyrok został zaskarżony przez Wałęsę do wyższej instancji. 24 marca 2011 r. Sąd Apelacyjny w Gdańsku wydał kolejny wyrok, tym razem niekorzystny dla Wyszkowskiego. Sąd uznał na przykład, że nie ma żadnych wiarygodnych dokumentów potwierdzających tezę o współpracy Lecha Wałęsy z SB: „trzeba wyjaśnić, że poza opiniami św. Cenckiewicza o ujawnionych nieoryginalnych [podkr. P.G.] dowodach w postaci dokumentów wytworzonych przez funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa (...) pozwany nie zaprezentował żadnych dowodów mogących ją potwierdzić".
To nieprawda. Tylko kilka z dziesiątków dokumentów dotyczących TW „Bolek" zachowało się w postaci kserokopii. Zdecydowana większość z nich to oryginały. Do tych należą między innymi wydruki z baz komputerowych SB, który przy nazwisku Wałęsy podają informację: „Tajny Współpracownik". Oryginalna jest też kolekcja doniesień TW „Bolek" odnaleziona przez historyków z gdańskiego IPN oraz wiele innych archiwaliów.
Nadto warto pamiętać, że kilka dokumentów zachowało się tylko w postaci kserokopii dlatego, że ich oryginały zostały ukradzione po ich wypożyczeniu przez prezydenta Lecha Wałęsę. To, że ich dzisiaj już nie ma, to chyba nie wina Wyszkowskiego.
W równie ciekawy sposób sąd potraktował zeznania Stachowiaka. Uznał mianowicie, że Wyszkowski i Stachowiak zetknęli się już po ostrych słowach na temat Wałęsy, a zatem nie mają one znaczenia dla oceny wypowiedzi Wyszkowskiego z 2005 r.
Zeznania Cenckiewicza zdezawuowano argumentem, że w 2005 r., kiedy przekazywał on swoje wyniki badań Wyszkowskiemu nie był jeszcze pewien, że TW „Bolek" to Wałęsa [A tak w ogóle przecież Cenckiewicz widział tylko „nieoryginalne" dokumenty, więc jaką wartość mają jego zeznania?]. Merytoryczny sens słów obydwu świadków wyrok zignorował.

Dziennikarz – „niedziennikarz"

Po odrzuceniu wszystkich dokumentów i zdezawuowaniu świadków sąd uznał, że nie ma żadnych dowodów przemawiających za wiarygodnością słów Wyszkowskiego: „gdyby (...) zarzuty stawiane powodowi pozwany oparł na prawdziwych faktach i sprawdzonych przesłankach, powód nie mógłby domagać się ochrony, gdyż jako osoba publiczna musi znosić publiczną krytykę swojego postępowania".
„Prawdziwe fakty i sprawdzone przesłanki" mógłby sąd odnaleźć w przedłożonych dokumentach archiwalnych, a także zeznaniach świadków, ale te, jak już wspomniałem, wcześniej za pomocą prawniczej kazuistyki oraz przy użyciu nieprawdziwych informacji udało się wcześniej odrzucić.
Kolejnym problemem, którym zajął się sąd, była sprawa zawodu Wyszkowskiego. Sąd pierwszej instancji za oczywiste przyjął, że jest on dziennikarzem. Powyższy fakt dawał mu szansę na wygraną nawet w sytuacji, gdyby rzeczywiście nie było „oryginalnych" dowodów współpracy Wałęsy z SB. Dziennikarzowi wszakże czasem wolno się mylić, ale pod warunkiem, że solidnie zbierał prezentowane informacje.
Sąd Apelacyjny musiał więc Wyszkowskiego takiego przywileju pozbawić: „pozwany wypowiadając pod adresem powoda zarzut agenturalnej przeszłości (...) nie działał jako dziennikarz publikujący materiał prasowy tylko obywatel poproszony o wypowiedź w związku z wręczeniem powodowi zaświadczenia IPN przyznającego mu status osoby pokrzywdzonej. (...) Zresztą, pomijając to, pozwany poza tym nie udowodnił, że w tym czasie był czynnym dziennikarzem".
Czyli dziennikarz, który komentuje jakieś wydarzenie w mediach, może zostać uznany przez sąd za „niedziennikarza". Wyszkowski rzeczywiście nie przedłożył sądowi dokumentów potwierdzających wykonywanie zawodu, bo przez sześć lat procesu nikt tego nigdy nie kwestionował.
Po odrzuceniu dowodów i pozbawieniu Wyszkowskiego zawodu dziennikarskiego sąd nakazał przeproszenie Lecha Wałęsy w mediach. Obciążenie to jest całkowicie nieadekwatne do ciężaru sprawy, może się łączyć bowiem z kosztami rzędu kilkuset tysięcy złotych.

Ślepa Temida

Całość omawianego wyroku prezentuje osobliwy sposób traktowania rzeczywistości. Z jednej strony sąd mówi o wolności badań naukowych, prawie dziennikarzy do krytycznych ocen, konieczności zapewnienia nieskrępowanej debaty publicznej. Ale to pozory: gdy przychodzi do konkretów, wyrok idzie dokładnie w przeciwnym kierunku.
Sąd twierdzi na przykład, że brak dokumentów sporządzonych własnoręcznie przez Wałęsę nie może wprawdzie zamykać dyskusji naukowej, ale z drugiej strony pisze o „ujawnionych nieoryginalnych dowodach w postaci dokumentów wytworzonych przez funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa". A może jest tak, że za oryginalne mogą być uznane tylko dokumenty własnoręcznie sporządzone przez Wałęsę? Czyli tak, jak sobie życzy sam Lech Wałęsa?
Wyrok zezwala, aby dziennikarze i historycy badali, czy Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB. Ale w sferze konkretnych rozstrzygnięć orzeka, że ze względu na ochronę dóbr osobistych byłego prezydenta wskazywania go jako TW ps. Bolek można dokonywać tylko wtedy, „gdyby ujawniono fakty, które uzasadniałyby ponad wszelką wątpliwość taki wniosek".
A ponieważ wcześniej wbrew faktom sąd uznał, że takich dokumentów „nie było i nie ma", dyskusja jest zamknięta. Gdyby jakiś historyk lub dziennikarz miał w tej kwestii wątpliwości, sąd może go pozbawić tytułu naukowca czy dziennikarza i stwierdzić, że w chwili, kiedy powiedział akurat to, co powiedział, nie mówił służbowo, tylko prywatnie. A potem już śmiało pozbawić go dorobku całego życia, tak jak Krzysztofa Wyszkowskiego.
Sąd niby uznaje, że każdy obywatel może publicznie mówić o znanych mu historycznych faktach. Ale akurat w wypadku Wyszkowskiego prawo to nie obowiązuje: „pozwany nie podawał żadnych faktów i znanych mu dowodów, tylko formułował własne opinie i stawiał zarzuty".
Niestety, sąd znów się myli. W 2005 r., kiedy miała miejsce sporna wypowiedź Wyszkowskiego, Wałęsa figurował jako TW „Bolek" w dostępnej literaturze przedmiotu. Chociażby w książce „Archiwum Mitrochina" napisanej w oparciu o dokumenty wykradzione z archiwów KGB. Dziś informacji na temat tożsamości „Bolka" nie kwestionuje żaden poważny naukowiec. Informacje na ten temat można znaleźć w literaturze fachowej, encyklopedii, a nawet podręcznikach szkolnych.
Ślepa Temida zawsze była niedościgłym ideałem; ale owego przymiotnika nie należy rozumieć aż tak dosłownie.
Wyrok w sprawie Wałęsa – Wyszkowski to zdarzenie niezwykle szkodliwe dla polskiego życia publicznego i realne zagrożenie dla podstawowych swobód obywatelskich. Może poprawi samopoczucie byłego prezydenta, choć, niestety, kosztem autorytetu państwa i powagi wymiaru sprawiedliwości. A jak to z „Bolkiem" było, to już wszyscy zainteresowani obywatele doskonale wiedzą. Prawnicze fikcje wytwarzane przez polskie sądy niewiele tu zmienią.
Autor jest doktorem nauk humanistycznych, współautorem książki „SB a Lech Wałęsa" (2008).
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA