Film

Szalona wyobraźnia The Beatles

Apple/EMI
Przełomowa komedia Beatlesów z ich wielkimi przebojami ukaże się po raz pierwszy w Polsce na początku listopada na DVD.
Nie ma wątpliwości, że Beatlesi i reżyser Richard Lester kinową opowieścią o czterech gwiazdach rock and rolla ściganych przez krwawą sektę Kaili, której rytualny pierścień trafił w posiadanie Ringa – rozpoczęli nową falę absurdalnych komedii. Bez „Help" nie byłoby później Latającego Cyrku Monty Pythona ani najbardziej zwariowanych odcinków przygód Różowej Pantery z inspektorem Jacques'em Clouseau. Fabuła o pierścieniu, którego nie sposób oddać, bo po prostu nie da się go zdjąć z palca, była rzeczą wtórną wobec manifestu niczym nieograniczonej wyobraźni i poczucia humoru artystów.
Najpełniej objawiły się w scenie, w której Ringo staje oko w oko z bengalskim tygrysem ludojadem. Dziś zmontowano by ją z użyciem technologii cyfrowych, wtedy rozdzielono zwierzaka i perkusistę niewidoczną szybą. W filmie Ringa ratuje odśpiewanie... „Ody do radości" Beethovena, która jak zaklęcie zmienia drapieżnika w potulnego kotka. Obecny hymn zjednoczonej Europy perkusista wykonał w oryginalnej, niemieckojęzycznej wersji. Dołączają do niego koledzy, potem wszyscy goście pubu, a na końcu, prowadzeni przez dyrygenta, kibice piłkarscy z wypełnionego po brzegi londyńskiego stadionu Tottenhamu. Monthy Pyton? Monthy Pyton! Pierwowzoru postaci safandułowatego inspektora Clouseau, który tropił przestępców w najdziwaczniejszych przebraniach, zdradzając tym samym swoje sekretne śledztwa – można dopatrzyć się w scenie w poczekalni lotniska. Beatlesi chcą w przebraniu opuścić Anglię. Czekają na samolot „zamaskowani" kapeluszami a la Sherlock Holmes i idiotycznymi XIXwiecznymi bokobrodami. Właśnie tak, jak dekadę później przebierał się na planie „Różowej Pantery" Peter Sellers.
„Help" pozostawił też ślad w polskim kinie. Był wyświetlany pod nazwą „The Beatles" i stał się kanwą rockandrollowego odcinka „Wojny domowej" Jerzego Gruzy, pierwszego telewizyjnego serialu. Można w nim zobaczyć nieistniejące już warszawskie kino Moskwa z gigantyczną reklamą brytyjskiego filmu. Na świecie beatlesowska fabuła przyniosła wielkie przeboje, wywarła też ogromny wpływ na światową modę i obyczaje lat 60. Beatlesi w scenie na poligonie wystąpili w wojskowych strojach khaki, a po premierze, od Johannesburga po Londyn, wykupiono wszystkie ubrania w tym stylu. Modne stały się kostiumy hinduskie i brzmienia sitaru użyte w filmie. A skąd Beatlesi na Bahamach? Mieli już na koncie czarnobiały, paradokumentalny obraz „A Hard Day's Night" nakręcony w angielskiej scenerii. Tymczasem znajomi z filmowej branży opowiadali Paulowi McCartneyowi, który wraz z kolegami spędził dzieciństwo i młodość w zniszczonym wojną portowym Liverpoolu, że najprzyjemniej jest grać w egzotycznym plenerze, gdzie się jeszcze nie było. I tak w lutym 1965 r. wymarzonym celem podróży najważniejszej rockandrollowej grupy na świecie stały się błękitne wody dziewiczych karaibskich zatok, palmy fotografowane w promieniach zachodzącego słońca. Zachwycony Ringo, choć nie umiał pływać, skakał z jachtu w oceaniczną głębię. Beatlesi pojechali też w austriackie Alpy, bo chcieli nauczyć się jeździć na nartach. Oglądamy ich w zabawnych sekwencjach narciarskich wywrotek, jazdy sankami metodą „na śledzia". Uczą się też na lodowisku gry w snobistyczny carling. Gdy jeden z wykorzystywanych w grze kamieni okazuje się bombą zegarową, z przerębla w alpejskim jeziorze wyłania się pływak, który pyta o drogę do portu w Dover. Lennon chciał zabłysnąć w równie zabawnej sytuacji. Wjeżdżając na nartach do kasy kolejowej prosto z wyciągu – prosi o bilet do Londynu. To mocna, świetnie sfilmowana scena. Dziś wszyscy spece od promocji muzyki zgodnie twierdzą, że błyskotliwe muzyczne sekwencje „Help!" były pierwszymi teledyskami zmontowanymi w nowoczesny, dynamiczny sposób – przy wykorzystaniu najazdów i zbliżeń kamer. Kiedy powstawała MTV, reżyser Richard Lester otrzymał od muzycznej telewizji list z podziękowaniami za inspiracje. „Help", inspirując twórców popkultury, czerpał z jej pierwszych dzieł, dziś określanych „kultowymi". Był bodaj pierwszą parodią przygód Jamesa Bonda. W kaskaderskich scenach jazdy na samochodowym dachu cudów sprawności dokonuje Harrison. Trzeba dodać, że Beatlesi potrzebowali więcej szczęścia niż agent OO7. Oprócz tajemniczej sekty czyhała na nich bowiem także dwójka szalonych profesorów, która chciała zaoferować jednemu z militarnych mocarstw niewyjaśnionego pochodzenia kamień z pierścienia. Udział naukowców w fabule stał się pretekstem do zdjęć trikowych. McCartney po zażyciu substancji pomniejszającej ludzi śpi w popielniczce i okrywa się sreberkiem od gumy do żucia. Warto podkreślić ambicje muzyków. Kiedy otrzymali pierwszą wersję scenariusza – wcześniej odrzucił ją młodziutki Peter Sellers! – postanowili ją udoskonalić. I dokonali tego. Osobnym wkładem w rozwój popkultury było rozluźnienie dyscypliny pracy. W scenie pubowej można obserwować Beatlesów raczących się piwem. Dziś wiemy, że „Help" powstał nie pod wpływem piwa, lecz marihuany. Gdy ekipa producencka organizowała plan z myślą o kolejnych zdjęciach, muzycy – jak gimnazjaliści na papierosa – znikali w krzakach, a wracali dziwnie rozbawieni, zapominając przed kamerą dialogów, dusząc się ze śmiechu. „Help!" był chyba ostatnim manifestem jeszcze szczeniackiej niefrasobliwości Beatlesów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL