Wywiady i rozmowy

Prawda rozsiana po różnych partiach

Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Na początku lat 90. udzielanie rad politykom przez biskupów było uzasadnione. Dziś, gdy weszliśmy na właściwe tory, przestrzegajmy autonomii Kościoła i państwa – mówi metropolita warszawski w rozmowie
Rz: W niedzielę wybory. W sierpniu, jeszcze przed ogłoszeniem ich terminu, biskupi apelowali, żeby zmienić jakość debaty politycznej, odejść od języka agresji. Czy ta przestroga została wysłuchana? Czy myśli Ekscelencja, że ludzie pójdą głosować?
Wciąż słyszę pytania, dlaczego zaangażowanie polityczne obywateli jest tak małe. Po pierwsze wielu wyborców sądzi, że ich wpływ na to, kto będzie wybrany, jest niewielki. Ordynacja jest taka, że do Sejmu można wejść z paroma tysiącami głosów. Wystarczy, że kandydata pociągnie lider listy. Po drugie, zbyt wielu kandydatów wchodzi na listy z ulicy. W efekcie ludzie, którzy byli przedtem nikomu nieznani, zasiadają w parlamencie. Ich kompetencja nie została sprawdzona na poziomie samorządu. To zniechęca wyborców. Powoduje u nich brak wiary, że mogą cokolwiek zmienić. I to jest pewnie kwestia do naprawy ze strony prawodawstwa. Nie tylko ordynacja wyborcza budzi krytyczne refleksje biskupów.
Owszem. Wywleka się u nas na światło dzienne to, co bywa nazywane kuchnią polityczną. Ciągle to powtarzam, że wprowadzanie konfliktów politycznych do mediów nie czyni polskiej polityki lepszą. Żadna gospodyni nie pokazuje, jak się robi potrawy. Jeżeli politycy uprawiają przed kamerami pyskówki i pokazują niski poziom dyskusji, jeżeli pokazują partyjne, a nie propaństwowe myślenie o Polsce, to wyborców zniechęca to do polityki. Ostrość debaty udzieliła się też niektórym hierarchom. Biskup Tadeusz Pieronek przyrównał politykę PiS do praktyk z czasów PRL. Ale są też biskupi, którzy mocno chwalą ostatnie dwa lata jako pożyteczną, niezbędną reformę państwa. Nie będę oceniał wypowiedzi moich braci biskupów, zwłaszcza wypowiedzi medialnych. Popełniłbym w ten sposób błąd podejmowania dyskusji braterskiej za pośrednictwem mediów. Każdy człowiek, a więc i biskup, ma poglądy. Ja też mam poglądy i nie ulegam przesadnym obawom, że w Polsce wali się demokracja. Wiem, że się nie wali, i wiem, że politycy dzisiaj są bogatsi o doświadczenia ostatnich 18 lat, nawet jeśli mają takie czy inne wady i popełniają błędy. Na pewno zaś nie potrzebują rad biskupów i duchowieństwa. Nawet jeśli na początku lat 90., po okresie komunizmu, udzielanie pewnych rad politykom było uzasadnione, to sądzę, że od dziesięciu lat nie ma takiej potrzeb. Weszliśmy na właściwe tory działania, przestrzegajmy zasady autonomii Kościoła i państwa. Nie uważam za dobrą rzecz, żeby Kościół w osobie biskupów, księży wdawał się w dyskusje, preferując jedną stronę politycznej sceny. I to z zasadniczego powodu. Kościół musi być dla wszystkich i nie może utożsamiać się z jednym ugrupowaniem. Ta zasada, choć z innego powodu, obowiązuje też was, dziennikarzy: Nie wolno mieszać ról. O tym, że Kościół nie może się utożsamiać z żadną partią, przypomnieli biskupi w liście przedwyborczym do wiernych. Niemniej wypowiedzi niektórych biskupów pozwalają wyborcom dobrze wyczuć, kto jakie ma poglądy polityczne i jaką partię będzie wspierał. To jest także problem Radia Maryja. Myślę, że zaangażowanie polityczne Radia Maryja jest dziś dużo mniejsze. Czy jest idealnie – nie wiem. Ale też wińmy za to nie tylko radio, lecz także polityków, którzy dla zdobycia głosów skrzętnie korzystają z anteny. Uważam, że radio katolickie czy kościelne, gazeta kościelna mogą stać się metapolityczną płaszczyzną debaty, w której będą uczestniczyć ludzie o różnych poglądach. Z tego samego powodu mam czasem żal do mediów świeckich o zbytnie zaangażowanie w wyborcze emocje. Jako dziennikarze powinniście się zajmować polityką, ale pytając o dobro wspólne. Dzisiaj, kiedy biorę do ręki gazety, to – bez wymieniania nazw – doskonale wiem, kto kogo popiera. Widać sympatie. Lepiej byłoby, gdyby media popierały coś w rodzaju propaństwowości. Prawda o państwie, o jego przyszłości ekonomicznej, społecznej itd. jest rozsiana w różnych partiach. Dlatego koalicje mają głęboki sens wtedy, gdy są to koalicje zdrowe, uwzględniające bogactwo pomysłów na rozwiązanie poszczególnych problemów państwa. Koalicje budowane nie na zgniłym kompromisie, ale w trosce o dobro człowieka i państwa. Brakuje mi w mediach jakiegoś szerszego odniesienia się do problemów państwa, także tych, których rozwiązanie będzie miało wpływ na naszą dalszą przyszłość. Wracając do mediów katolickich: czy może ksiądz arcybiskup potwierdzić, że trwają prace nad listem biskupów do generała redemptorystów? Trwają zaplanowane na zebraniu w sierpniu w Częstochowie prace. Przecieki do mediów sprawiły, że zmieniło się ich tempo. Sprawa jest niełatwa, niezwykle delikatna i nie ma prostych jej rozwiązań. Wszyscy chcemy, żeby radio służyło ludziom, ale w sposób ulepszony. Kilka dni temu zakończyła prace Kościelna Komisja Historyczna, która badała materiały na temat biskupów, jakie znajdują się w IPN. Z nieoficjalnych informacji wynika, że 17 hierarchów miało kontakty z SB jako tajni współpracownicy, ale nie wiadomo kto. A to może powodować różne spekulacje. Ostateczna decyzja należy do Stolicy Apostolskiej. Jeżeli na podstawie pracy komisji historycznej i etyczno-prawnej oraz wyjaśnień samych zainteresowanych Stolica Apostolska podjęłaby wobec kogoś decyzję, która wymagałaby upublicznienia, to wtedy stanie się wiadomym, że spośród tych kilkunastu osób ktoś nie został zweryfikowany pozytywnie. Będzie to oznaczało automatycznie, że wszyscy inni, którzy byli wymieniani w tym gronie, nie byli współpracownikami w takim znaczeniu, by można było im postawić zarzuty. Dlatego wymienianie w tej chwili kogokolwiek niepotrzebnie rzucałoby na nich cień. Ale do tych dokumentów za chwilą dotrą historycy świeccy i dziennikarze i mogą je upublicznić bez zachowania należytej staranności. Gdyby natomiast wszystkie te przypadki zostały teraz nazwane po imieniu i osądzone w pozytywny czy negatywny sposób, nastąpiłoby zamknięcie sprawy. Może się przecież okazać, że Stolica Apostolska nie wyciągnie konsekwencji wobec nikogo i wtedy ta sprawa będzie wracała jak bumerang. Nie obawiam się pracy historyków, wręcz do niej zachęcam. Historyk znajdzie w IPN dokładnie to samo, co Kościelna Komisja Historyczna. Bardziej się boję dziennikarzy: czy pójdą do IPN z intencją szukania prawdy, czy wyniesienia materiałów, które zostaną opublikowane na pierwszej stronie gazet albo podane jako pierwsza informacja w telewizji. Ale trudno, to ich sprawa i odpowiedzialność. My, i ja osobiście, będziemy bronić tej drogi. Droga oczyszczenia pamięci w Kościele – bo nie jesteśmy poddani lustracji z prawa i nie chcę używać tego terminu – będzie polegała na tym, że w przypadku księdza ocena wynikająca z materiałów IPN oraz jego wyjaśnień należy do kompetencji biskupa, natomiast w przypadku biskupa – do Stolicy Apostolskiej. Dla mnie oczyszczenie pamięci Kościoła nie oznacza umieszczania nazwisk ludzi podejrzanych o współpracę w mediach, bo to jest ich niszczenie. Stoi przed księdzem arcybiskupem jako metropolitą warszawskim poważny problem do rozwiązania: budowa Świątyni Opatrzności Bożej. Spór o miejsce pochówku ks. Peszkowskiego pokazał raz jeszcze, że rzecz dotyczy nie tylko spraw finansowych, ale szerzej – samej idei. Idea budowy świątyni jest słuszna, bo skoro kiedyś jako naród obiecaliśmy ją Panu Bogu, zatem należy to wykonać. Ale, rzeczywiście, ludziom trudno budować coś, do czego nie są przekonani z powodu np. braku wiedzy. Na pewno pomogę księdzu prymasowi rozwinąć tę ideę. Świątyni nie może budować ani jedna diecezja, ani nawet sam Kościół, bo to jest wotum całego narodu. Aby to się stało, musimy oddzielić prawnie i projektowo świątynię, czyli część religijną od części o charakterze kulturalnym i historycznym, by budowę mogli wspierać nie tylko indywidualni darczyńcy, ale instytucje życia publicznego. Wybór firmy budującej świątynię musi spełniać wymogi ustawy o zamówieniach publicznych. Te wymogi zostaną spełnione w najbliższych miesiącach.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL