fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Fedyszak-Radziejowska: Ile demokracji po Okrągłym Stole

Barbara Fedyszak-Radziejowska
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Polskie społeczeństwo, wiecznie zawstydzane i wystraszone, musi zawierzyć celebrytom i namaszczonym przez okrągłostołowy establishment autorytetom – pisze socjolog
„Dzisiaj” jest dzieckiem „wczoraj”. Między wydarzeniami sprzed 20 lat a dzisiejszą sytuacją polityczną istnieje ciągłość. Nigdy jednak domknięcie fasadowej demokracji nie było tak bliskie, jak dziś, gdy pozory demokracji zaakceptowali nie tylko politycy postsolidarnościowi, lecz także ich postsolidarnościowi wyborcy. Nie tylko lewica przywiązana biografią i interesami do PRL, lecz także „młodzi, wykształceni, z wielkich miast” nie mają nic przeciwko demokracji ograniczonej.
Początki tego procesu sięgają wydarzeń z 1989 roku, kiedy kształtowano system i powoływano jego nową – starą elitę władzy. Symbolem transformacji PRL w III RP jest pewien tytularny ambasador w Moskwie, który zaczynał karierę jako „prawie jezuita” i szpieg PRL w Watykanie, a kończył (?) jako wysłannik rządu Donalda Tuska do Smoleńska z zadaniem przygotowania wizyty premiera i prezydenta na katyńskim cmentarzu. Nawet jeśli okrągłostołowy projekt nie został zrealizowany w stu procentach, nawet jeśli przeszkadzały w tym zaskakujące wybory demosu oraz kompromitujące władzę afery, jej przewaga nad demosem jest tak ogromna, że zagraża naszej demokracji. Spór o proporcje między procedurą a treścią demokracji zaczął się w 1989 roku. Powołany do życia przy Okrągłym Stole establishment (w skrócie będę dalej nazywać go OSE) planował demokrację fasadową, w której demokratyczne procedury są, ale treść, kultura demokracji oraz kontrola rządzących przez opozycję i opinię publiczną nie odgrywają większej roli. Można zakładać partie polityczne, stowarzyszenia, a nawet gazety i rozgłośnie radiowe, co cztery lata odbywają się wolne, tajne i powszechne wybory, ale treść demokracji, czyli autentyczna, merytoryczna rywalizacja elit, programów i partii politycznych nie istnieje.  Także kultura demokracji, czyli obecne w świadomości społecznej przekonanie, że demokracja jest wartością, o którą warto zabiegać i za którą warto oddać – jeśli nie życie – to na pewno karierę i pieniądze jest wątła. Egalitarny etos – fundament demokracji – czyniący każdego wyborcę, niezależnie od jego pozycji społecznej i nakrycia głowy obywatelem –nie obowiązuje. Co najważniejsze, także kontrola nad rządzącymi jest iluzją.
Rosja Putina i Miedwiediewa bezkolizyjnie wymienia premierów i prezydentów, nie zmieniając ludzi władzy, i daje Rosjanom komfort głosowania na jedną światłą partię, „najlepiej" reprezentującą rosyjskie interesy
Demokracja fasadowa nie jest pojęciem egzotycznym. Praktykuje się ją znacznie częściej, niż chcemy wierzyć. Najbliższym, żeby nie powiedzieć najbardziej wzorotwórczym przykładem jest demokracja rosyjska. Rosja Putina i Miedwiediewa bezkolizyjnie wymienia premierów i prezydentów, nie zmieniając ludzi władzy i daje Rosjanom komfort głosowania na jedną, światłą partię, „najlepiej” reprezentującą rosyjskie interesy, czyli Jedną (!) Rosję. Demokracja fasadowa jest realizowalna oraz – po części – funkcjonalna, gwarantując państwu ciągłość i stabilność władzy politycznej. Jednak najwięcej korzyści daje establishmentowi, zapewniając komfort i skuteczność rządzenia poza jakąkolwiek kontrolą. Opozycja też nie jest przypadkowa, bo jej szanse na przejęcie władzy muszą być zerowe.  Sens demokracji fasadowej tkwi w procedurze legitymizacji władzy. Wybrana – może praktycznie więcej niż dyktatura. No i jej przywódcy są podejmowani na europejskich salonach. Można „umówić się” na fasadową demokrację, ale udawać, że jej nie ma, nie wypada. Dzisiaj postpolityka pozwala podtrzymywać złudzenia, że demokracja może znaczyć cokolwiek. Już George Orwell pisał: „Obrońcy wszelkiego rodzaju reżimów twierdzą, że są one demokracjami”. Wolę Giovanniego Sartoriego, który w „Teorii demokracji” pisze: „demokracje istnieją, ponieważ są w naszych umysłach, istnieją tylko w takim stopniu, w jakim potrafimy je utrzymać”. Innymi słowy to demos jest gwarancją demokracji, demos, czyli aktywna w sferze publicznej część społeczeństwa, uczestnicząca w wyborach, zdolna do werbalizacji swoich zróżnicowanych interesów i wartości. Demos, a nie elektorat jednej partii, jest źródłem i paliwem demokracji.
Po drugiej stronie sporu o demokrację tkwi powołany przy Okrągłym Stole bardzo szczególny establishment, złożony z partyjnych reformatorów PRL oraz solidarnościowo-opozycyjnych elit. Dzisiaj nie jest ważne, kto osobiście w obradach Okrągłego Stołu uczestniczył, ważniejsze, dla kogo ten mebel jest kamieniem węgielnym III RP i świętością niepodlegającą ocenie. Waldemar Kuczyński jego krytykę nazywa „działalnością antysystemową” i zagrożeniem dla „ustroju”. Okrągłostołowy establishment to ogromnie wpływowa struktura centrów decyzyjnych – nie tylko politycznych – wraz z siecią powiązań między instytucjami i elitami różnych środowisk: naukowych, eksperckich, kulturalnych, biznesowych, medialnych oraz, rzecz jasna „specjalnych”. Zbudowano ją wedle logiki dwu procedur, założycielskiej (gdy w skład establishmentu PRL dokooptowano w 1989 roku nowych członków z kręgu opozycji) oraz stabilizującej (dając jej instrumenty kontroli nad dostępem do władzy). Obie strony układu ofiarowały sobie wzajemnie to, co miały: elity PRL dostęp do realnej władzy i własności, a elity opozycji – wiarygodność, czyli swoistą legitymację „ludzi honoru” i „reformatorów PZPR”. Akces do OSE zawsze można złożyć i stać się jego nowym, lojalnym członkiem z „dostępem do władzy”. Dobrym przykładem są losy Stefana Niesiołowskiego, Lecha Wałęsy, Andrzeja Czumy czy ostatnio Pawła Kowala i Joanny Kluzik–Rostkowskiej. Wciąż tylko OSE ma monopol na nadawanie prestiżu – a także jego odbieranie –  oraz„dar” nobilitowania (lub niszczenia) ludzi biznesu, sztuki, mediów, nauki etc. Szczęśliwie nie wszystkich, nie zawsze i nie do końca.
Pierwsze kluczowe starcie demosu z OSE o kształt demokracji miało miejsce już w 1989 roku. Niech przemówią fakty: 3 czerwca Lech Wałęsa oświadcza, że będzie głosował na listę Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” i listę krajową (!). Młodych informuję, że była to w 100 procentach lista partyjno-rządowa. 4 czerwca demos wybiera inaczej, lista krajowa „pada” i przy frekwencji 62 proc. zostaje wybranych 160 (na 161 możliwych) posłów do Sejmu tylko z list „S”. Demos chciał demokracji, więc głosował wyłącznie na 35 procent miejsc „do wyboru”.  Elita „solidarnościowa” komentuje wyniki pierwszej tury tak: Adam Michnik pisze o znaczeniu kompromisu i przestrzega przed triumfalistyczno-konfrontacyjną retoryką, Jacek Kuroń przekazuje Władysławowi Frasyniukowi zalecenie, by w biuletynach nie pisać „śmierć komunie”. A 5 czerwca na konferencji prasowej Janusz Onyszkiewicz mówi o wynikach pierwszej tury jako o „kłopocie”. Lista krajowa wraca, ale w drugiej turze, gdy demos ma tylko „uzupełniać”, a nie wybierać skład Sejmu i Senatu frekwencja wynosi 25 proc. (!). W Londynie 21 czerwca Bronisław Geremek zapowiada demokratyczne wybory za cztery (!) lata. Ostatecznie „dano” je demosowi dwa lata i cztery miesiące po 4 czerwca 1989 roku, czyli o ponad rok później niż w Czechosłowacji i na Wegrzech. Tym, którzy lubią historię alternatywną, proponuję wyobrazić sobie losy III RP, gdyby w pierwszej turze demos wybrał kandydatów partyjno-rządowych i KO „S” w proporcjach 1:1. Ale i tak OSE rządziło Polską długo i skutecznie na 20 lat – łącznie co najmniej 15. Dwie kadencje (osiem lat) SLD/PSL, dziesięć lat Aleksander Kwaśniewski, rządy AWS/UW miały się w mediach „jako tako” tylko dwa lata, do wyjścia UW z koalicji. Potem medialny atak nie zostawił po AWS politycznego śladu. Lecha Wałęsę i PO demos wybierał w przekonaniu, że zmienią Polskę, ale oni szybko przystąpili do OSE, a Wałęsa został nieskazitelnym i nietykalnym autorytetem moralnym.
Demos wybrał „nieodpowiedzialnie” tylko dwa razy, zawsze na krótko. Raz, na pół roku, gdy premier Jan Olszewski rządził (do lustracji), ale zdążył zablokować decyzję Wałęsy o pozostawieniu w poradzieckich bazach rosyjsko-polskich spółek. Drugi premier z takiego „nieodpowiedzialnego” wyboru Jarosław Kaczyński rządził dłużej, ale też niecałe dwa lata (lustracja?). Jego brat Lech Kaczyński był prezydentem RP ponad trzy lata, ale praktycznie po 2007 roku już tylko jako obiekt niewybrednych medialnych ataków.Tak, wiem, to demos wybierał SLD, UW, PO, PSL i Kwaśniewskiego! Podobnie jak w Rosji demos wybiera Jedną Rosję, Putina i Miedwiediewa w stosownej kolejności. Dlaczego polski demos wybiera tak, a nie inaczej? To jest pytanie o profesjonalizm i socjotechnikę „rządu dusz”, o media, filmy i programy nie-nauczania historii najnowszej. Polski demos przecież wie, że niczego nie wie bez wskazówek zasłużonych, więzionych, wybitnych opozycjonistów. Wie, że zawdzięcza demokrację kilkunastu panom zgromadzonym przy Okrągłym Stole, a nie sobie. Tak myśli, ponieważ nikt mu nie powiedział, że w 1980 r. to on upierał się strajkami przy niezależnych związkach, to on strajkował przeciw kierowniczej roli partii w statucie związku – wbrew obawom ekspertów. Nie wie też, że na początku 1989 roku strajkowało 100 tysięcy pracowników – jak donosiły służby.  Niemcy wierzą w siebie, bo wiedzą, że to ich tłum obalił berliński mur, przynosząc demokrację, wolność i zjednoczenie. Podobnie Czesi są pewni, że tłumy aksamitnej rewolucji wprowadziły Vaclava Havla na Hrad. A Polakom wolność na tacy przyniosło kilkunastu (może kilkudziesięciu) panów, którym za to należy się „rząd dusz” i władza. Dla Anny Walentynowicz – nie, ale Henryki Krzywonos – tak, dla Jacka Kuronia – tak, ale dla Antoniego Macierewicza (także założyciel KOR) – nie. Podobnie Bronisław Geremek był ważnym ekspertem w Stoczni Gdańskiej, ale Lech Kaczyński, niezależnie od faktów - nie. Polski demos wie także, że jest antysemicką, roszczeniową, moherową watahą bydła, umoczoną w PRL – „jak my wszyscy” – która wzbogaciła się w czasie i po II wojnie światowej na Żydach, bo donosiła na nich nazistom (?). Czy taki demos może sobie wierzyć i dobrze wybierać? Zawstydzany, wystraszony, musi zawierzyć celebrytom i namaszczonym przez OSE autorytetom.
Proszę porównać politykę odznaczeniową Aleksandra Kwaśniewskiego, Lecha Wałęsy, Lecha Kaczyńskiego i Bronisława Komorowskiego. Ilu zwyczajnych solidarnościowych, represjonowanych i (lub) zasłużonych dla III RP osób spoza grona celebrytów i establishmentowych autorytetów odznaczył każdy z nich? Polityka odznaczeniowa to komunikat o tym, co prezydent sądzi o polskim demosie. Demos jest racjonalny, gdy wie, kogo wybiera i jak rządzi ten, kogo wybrał. Do tego potrzebuje nie tyle celebrytów, co instytucji kontrolujących elity. Przez dziesięć lat blokowano powstanie Instytutu Pamięci Narodowej, instytucji rozbijającej monopol OSE na „prawdę” o przeszłości aspirujących do władzy. Trzeba było afery Rywina, by powstała druga niezbędna instytucja – Centralne Biuro Antykorupcyjne, kontrolujące uczciwość rządzących i przejrzystość rządzenia. Obie instytucje zawdzięczamy demosowi. To on domagał się otworzenia archiwów i ograniczenia pracownikom i współpracownikom SB prawa do pełnienia funkcji publicznych. Establishment odpowiadał: nie, nikt zasług i przeszłości elit „po swojemu” badać nie będzie. Ostatecznie demos w 1997 i 2005 roku wybrał tak, a nie inaczej, więc powstały IPN i CBA. Kto jest, a kto nie jest w OSE, wiemy dzisiaj lepiej. Gdy CBA ujawniło aferę korupcyjna w rządzie PiS, rozpisano nowe wybory, gdy ujawniło aferę w szeregach rządu PO – zmieniono szefa CBA.Kontrolowanie władzy, to rola opozycji, mediów i związków zawodowych. Proszę łaskawie zauważyć, co establishment III RP myśli o związkach. Nawet historyczny przywódca „S” widzi je w roli atrapy przypominającej CRZZ z czasów PRL. Zdolność kontrolną opozycji i mediów łatwo ocenić, porównując lata 2005 – 2007 i okres po roku 2007. Trudno o bardziej jaskrawy dowód na jakość demokracji w tych okresach. Czy ktoś może poważnie sądzić, że Platforma była „lepszą” opozycją? Ważną instytucją formującą wartości, a więc i zachowania demosu, na które OSE nie ma większego wpływu, jest Kościół. Jak jego miejsce w przestrzeni publicznej widzą rządzący dzisiaj Polską, pokazują wydarzenia minionego roku. Krzyż? – tak, ale nie w przestrzeni publicznej. Pomnik? – tak, ale na cmentarzu. Homilia? – tylko po uzgodnieniu z prezydentem.
Ale jest coś, co tę domową wojnę o kształt demokracji w Polsce czyni dzisiaj dramatyczną. To tragedia smoleńska, jej konsekwencje, wraz ze zbrodnią polityczną w Łodzi i niespotykanym wcześniej, niewybrednym atakiem establishmentu na znaczną część demosu. Po 10 kwietnia demos powrócił jako ważny aktor wydarzeń i wymusił na mediach zmianę tonu i przywrócenie prawdziwego wizerunku pary prezydenckiej. Do czasu. OSE odpowiedziało atakiem i inwektywami o nekrofilii, zbrodniczym patriotyzmie „tego” strasznego, prostackiego, zacofanego narodu. Dziennikarze – chyba wszyscy – którzy byli z obywatelskim demosem (a nie przeciw niemu) w kwietniu 2010 roku już w mediach publicznych nie pracują i w żadnych innych, elektronicznych. Liczne wrzutki i przecieki inspirowane przez oficjalne stanowisko MAK, rosyjskich i polskich ekspertów sugerują, że ofiary katastrofy smoleńskiej „są same sobie winne”. Media donosiły, że na pierwszym spotkaniu rodzin z premierem padło pytanie: czy to prawda, że Lech Kaczyński siedział za sterami TU-154. Ile trzeba pogardy i nienawiści, by zadać takie pytanie.Dzisiaj spór toczy się nie tylko o kształt demokracji, lecz także o suwerenność i podmiotowość polskiego państwa. Opowieści o postpolityce i wizerunkowych narracjach przypominają dziecięce zabawy zapałkami. Demos podzielony, ale wolny od presji okrągłostołowego establishmentu, który broni się przed kontrolą i oceną – musi spór o demokrację wygrać. Bez rywalizujących ze sobą w debatac różniących się elit, ekspertów i dziennikarzy – sam sobie nie poradzi. Post scriptum. W Warszawie na gmachu Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej ma swoją tablicę pamięci Izabela Jaruga-Nowacka, ma też tablicę Janusz Kurtyka w warszawskiej siedzibie IPN na Towarowej i Ryszard Kaczorowski w alei Niepodległości. Gdzie ma tablicę prezydent m.st. Warszawy Lech Kaczyński? I gdzie jest tablica prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego? 
Autorka jest socjologiem i etnografem. Pracuje w PAN. Jest przewodniczącą Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej
 
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA