Styl życia

O pomidorowej i polskim koperku, któremu za gorąco we Włoszech

Corbis
Czasami ludzie pytają mnie, czemu nie piszę o kuchni polskiej, tylko ciągle serwuję osobiste dywagacje kulinarne o Włoszech lub innych zakątkach świata.
W związku z tym chciałabym parę spraw wyjaśnić:
1) do kuchni polskiej zawsze podchodziłam i nadal podchodzę z dużą nieśmiałością‚ nie czuję się uprawniona, żeby o niej pisać, ponieważ sama nie gotuję na co dzień po polsku‚ a kiedy od święta przygotowuję jakieś polskie danie, to jest ono raczej moją wariacją na temat. 2) kuchnia polska jest dla mnie obszarem smakowego luksusu, bo jest mi podawana, kiedy chodzę do restauracji lub kiedy jestem gościem w prywatnych domach‚ więc nie muszę się męczyć ani martwić‚ że coś mi nie wyszło. I chciałabym, żeby tak zostało. Na przykład‚ przypominam sobie z największym smakiem, a jednocześnie z czułością‚ pyszną zupę pomidorową‚ którą jadałam jako młoda mężatka, a potem jako młoda matka u mojej teściowej. Później nigdy tego smaku odtworzyć mi się nie udało. Pozostało wspomnienie, jak i tęsknota nie tylko do dobrej zupy pomidorowej w ogóle‚ ale i do osoby‚ która tę zupę ze mną dzieliła.
3) kuchnia polska stanowi dla mnie poniekąd powrót do dzieciństwa‚ kiedy jej jeszcze nie znałam. W swoich smakach najbardziej bowiem przypomina mi te szczęśliwe lata. Jest w niej coś przytulnego‚ miękkiego w rodzaju pluszowego misia‚ szczególnie w potrawach mącznych‚ jak pierogi‚ pyzy‚ lane kluseczki. Mąka i woda w tradycji włoskiej rodzi makaron‚ który żeby był dobry, musi być ugotowany na półtwardo‚ a jak jest miękki, to źle. Makaron więc przedstawia mi się raczej jako wyzwanie niż odpoczynek‚ co innego‚ na przykład‚ zmysłowe‚ miękkie i śliskie kluski śląskie. Potrafię bardzo tęsknić do smaków polskiej kuchni. Takie chwile nachodzą znienacka‚ jak na przykład‚ chęć zjedzenia chrupkiego ogórka małosolnego, kiedy jestem nad Morzem Śródziemnym‚ albo chwyta mnie straszna ochota na pierogi z jagodami w upalny dzień podczas zwiedzania górzystych stron Lacjum. Pamiętam, jak chodziłam po targu blisko kościoła San Lorenzo we Florencji, szukając z wściekłością kapusty kiszonej, a znajdowałam tylko jej austriacką wersję - kiszoną w białym winie; myślałam‚ że się rozpłaczę. Dlatego przyznaję się‚ że wyjeżdżam latem do Włoch z butelką koncentratu barszczowego, żeby zrobić chociaż raz chłodnik‚ przy okazji zmuszając biedną Antoninę‚ naszą ogrodniczkę i kucharkę‚ aby hodowała koperek (nie chce rosnąć‚ jest za gorąco). No cóż‚ coś na temat kuchni polskiej w końcu napisałam. Z czystej miłości.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL