Adwokaci

Adwokat, czyli obrońca, a nie wspólnik

Stanisław Podemski
Nieznane
Historia uczy, że ataki na adwokatów są symptomem nadciągającego nieuchronnie autorytaryzmu - przypomina publicysta "Polityki" Stanisław Podemski
Wczasach PRL adwokatura pozostawała podstałym policyjnym nadzorem. Ograniczano jej samorządność, niszczono domiarami podatkowymi, usuwano niemiłych z zawodu i nie przyjmowano do niego opozycjonistów.
Enuncjacje, które temu towarzyszą, są zawsze te same. Adwokat broni ludzi niemiłych dobrej władzy, a co gorsze - skutecznie. Obrona adwokacka gwarantowana konstytucyjnie (także w Polsce) uważana jest za poplecznictwo przestępcy oraz utożsamianie się z jego poglądami i poczynaniami. Jak można bronić aferzysty, który okrada społeczeństwo, członka mafii posługującej się zabójstwami, okrutnika katującego własną rodzinę? Co z nich za obywatele? Adwokatura w Polsce, licząca sobie 500 lat, po wielokroć słyszała już te naiwne pytania i tyleż razy udzielała na nie odpowiedzi. Przed sądem rzadko staje anioł, z reguły szatan w ludzkiej skórze: zabójca, bandyta, oszust, okrutnik. Im cięższy zarzut stawiany przestępcy, tym lepszy powinien być obrońca, i można dostarczyć licznych przykładów z historii polskiego wymiaru sprawiedliwości, że tak właśnie było i jest nadal. Dlatego niemieckiego zbrodniarza wojennego i kata Wielkopolski Artura Greisera broniło dwóch czołowych adwokatów poznańskich, którzy sami zaznali od Niemców licznych krzywd. Wywołało to uznanie nawet w Niemczech.
Tę linię kontynuował także mecenas Władysław Siła-Nowicki, wytrwały i niezawodny obrońca w procesach politycznych czasów PRL, kiedy w latach 90. podejmował się obrony byłego szefa bezpieczeństwa i wiceministra spraw wewnętrznych. Pytany o przyczynę odpowiedział: "Powinniśmy wykazać, że jesteśmy inni niż oni". Szef bezpieki został uniewinniony. Wszyscy ci adwokaci przeszli chlubnie do historii adwokatury, choć oczywiście zwolennikom tezy, że adwokat to poplecznik, przyjaciel i druh przestępcy, to nie wystarczy. Pojęcie istoty zawodu obrońcy wymaga horyzontu myślowego, formatu moralnego, racjonalnego rozważenia, a tego ciągle za mało. Refleksja przychodzi niestety dopiero wówczas, gdy się samemu popada w konflikt z prawem i zajmuje miejsce na ławie oskarżonych. Wtedy nikt już nie powątpiewa w słuszność obrony. Każdy z nas może być podejrzany, leży więc ona w interesie całej społeczności. Corocznie kilka procent oskarżonych, tj. wiele tysięcy osób, zostaje uniewinnionych i jest w tym oczywiście walny udział ich obrońców. Mówi się słusznie, że lepiej uniewinnić wielu winnych, niż uwięzić jednego niewinnego. Czy lepiej byłoby, gdyby niewinni zapełniali cele więzień?
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL