fbTrack

Muzyka

Stefan Stuligrosz, szef Poznańskich Słowików ma 90 lat

EAST NEWS
Dziś kończy 90 lat Stefan Stuligrosz – artysta, dla którego najważniejsze w życiu są Poznańskie Słowiki
[link=http://www.rp.pl/artykul/9131,527085-Stuligrosz-poswiecil-sie-innym.html]Stuligrosz poświęcił się innym - oglądaj na tv.rp.pl[/link]
– Słyszę często, że Panu Bogu nie udała się starość. Dla mnie jest ona błogosławieństwem – mówi prof. Stuligrosz, ale też ma wciąż tyle sił, że nie zwalnia tempa pracy. W czerwcu dyrygował w Filharmonii Poznańskiej monumentalnym dziełem Haendla „Juda Machabeusz”, wśród wykonawców nie zabrakło oczywiście Chóru Chłopięcego i Męskiego Poznańskie Słowiki. A potem ruszył w Polsce na spotkania promujące wydany na 90. urodziny tom wspomnień. [wyimek][link=http://empik.rp.pl/piorkiem-slowika-stuligrosz-stefan,prod57934735,ksiazka-p] Zobacz na Empik.rp.pl[/link][/wyimek]
Dzień urodzin profesor Stuligrosz postanowił spędzić na Jasnej Górze. Benefisowe uroczystości z udziałem wielu artystów Filharmonia Poznańska szykuje zaś na niedzielę 10 października. Dzień wcześniej jubilat ma dyrygować swym kolejnym, haendlowskim koncertem. [srodtytul]Zamiast kupca muzyk[/srodtytul] Gdy ponad 70 lat temu zaczynał działalność, korzystał z bogatej tradycji wielkopolskiej chóralistyki. Był po młodzieńczemu bezczelny, ale owe czasy wymagały brawury i odwagi. Jesienią 1939 r. zebrał dwudziestu paru chłopców i mężczyzn z rozproszonego, słynnego Poznańskiego Chóru Katedralnego księdza Wacława Gieburowskiego, którego aresztowali hitlerowcy. Zespół Stuligrosza śpiewał podczas mszy, zyskał sympatię poznaniaków i ogromne uznanie fachowców. Aż trudno uwierzyć, że stworzył go niespełna dwudziestoletni chłopak bez wykształcenia muzycznego. Jego głównym doświadczeniem był krótki okres śpiewania u ks. Gieburowskiego. Ojciec postanowił jednak, że syn musi mieć normalny zawód, więc rozpoczął praktykę w znanym poznańskim Domu Handlowym Franciszka Woźniaka. Gdy w sierpniu 1939 roku ukończył kurs handlowy, właściciel firmy, poznawszy się na talentach adepta kupieckiego fachu, obiecał mu pomoc finansową w nauce w konserwatorium. Miał ją rozpocząć jesienią... Prowadząc pierwszy zespół, zrozumiał, że jego powołaniem jest muzyka chóralna i poprzez nią służba Bogu. Dla niej poświęcił własną karierę. Miał piękny, tenorowy głos (co słychać do dziś), przepowiadano mu sukcesy na scenach operowych. Gdy po wojnie zdał maturę i podjął studia, obok muzykologii i dyrygentury zdecydował się na wokalistykę, ale na tym kierunku nie przystąpił do końcowych egzaminów. Szkoda mu było czasu. [srodtytul]Zakazany Gomółka[/srodtytul] Założony w 1945 r. Chór Chłopięco-Męski im. Wacława Gieburowskiego pięć lat później przeszedł pod opiekę Filharmonii Poznańskiej już jako Poznańskie Słowiki. W 1951 r. zespół pojechał na Festiwal Młodzieży do Berlina, wkrótce potem zaczął otrzymywać prestiżowe zaproszenia ze świata. Mniej znane są kulisy jego działalności w tamtych latach, świadczące o niezłomności charakteru Stuligrosza. Włączenie w strukturę Filharmonii Poznańskiej było obroną przed likwidacją Słowików, gdyż w 1950 r. komunistyczne władze zakazały działalności wszystkim stowarzyszeniom związanym z Kościołem. Stefan Stuligrosz nie tylko ocalił chór, ale nawet w latach stalinowskich nie zrezygnował z jego artystycznego udziału w coniedzielnych mszach. Na oficjalnych koncertach prezentował dawną polską muzykę religijną. Cenzura wykreślała jedynie utwory Mikołaja Gomółki, bo inny Gomułka siedział w tym czasie w więzieniu. Zespół tak wzbudzał podziw swym poziomem, że ówczesny minister kultury i strażnik socrealizmu w sztuce Włodzimierz Sokorski wręcz nakazał, by chór utrzymał swą linię repertuarową, a nawet poszerzył ją o religijne utwory obcych kompozytorów. Nie pozwolił również, by Słowiki stały się zespołem ZMP. Podobną stanowczość okazał ponad ćwierć wieku później, gdy w stanie wojennym w imieniu generała Jaruzelskiego zaproponowano mu udział w tzw. PRON, legitymującym poczynania władzy. Pytany zaś o sekret życiowej energii, wymienia trzy jej źródła: głęboką wiarę, silne związki rodzinne oraz wspaniały dar wiernej, odwzajemnionej przyjaźni. Może warto skorzystać z przepisu Stefana Stuligrosza? [ramka][srodtytul]Recenzja[/srodtytul] Stefan Stuligrosz zebrał publikowane wcześniej w różnych tomach wspomnienia z różnych lat, uzupełnił i doprowadził do czasów obecnych. Niejako sam sobie, ale także czytelnikom sprawił niezwykły, urodzinowy prezent. Od wielu innych autobiografii różni się tym, że autor mniej opowiada o sobie, chętniej natomiast o innych. Pisze więc Stefan Stuligrosz o rodzicach – Mariannie i Piotrze, skromnym urzędniku pocztowym. O żonie, córkach i wnukach. O kolegach i przyjaciołach od wspólnego śpiewania, z których wielu nie przeżyło wojny. O chłopcach z chóru, których 13 grudnia 1981 r. postanowił bezpiecznie dowieźć do rodzinnych domów z występów w RFN. O znakomitych artystach spotkanych na światowych estradach. I o Janie Pawle II, którego przyjaźnią czuł się wyróżniony. Bohaterem książki jest również Poznań, który Stuligrosz opuszczał jedynie, gdy jechał na kolejne tournée. Świetnie odtworzył przedwojenną atmosferę tego miasta. Nie ma zaś choćby zdania o tym, że autor skomponował ponad 600 utworów chóralnych. Oto rzadki w dzisiejszych czasach przykład artysty, który nie stara się przede wszystkim eksponować siebie. [i]—j.m.[/i][/ramka] [ramka] [b]Stefan Stuligrosz[/b] [srodtytul][link=http://empik.rp.pl/piorkiem-slowika-stuligrosz-stefan,prod57934735,ksiazka-p]Piórkiem Słowika[/link][/srodtytul] w 90. rocznicę urodzin [i]Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2010[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL