fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Stara panna czy szalony mnich

Dwie największe partie startujące w sobotnich wyborach parlamentarnych do końca szły w sondażach łeb w łeb. Tylko krokodyl nie miał wątpliwości, kto zwycięży
Pod względem nadprzyrodzonych zdolności Brudny Harry z zoo w mieście Darwin ponoć nie ustępuje słynnej ośmiornicy Paul – tak jak ona trafnie przewidział zwycięstwo Hiszpanii w niedawnym mundialu. Gdy więc z kurczaków ozdobionych karykaturami liderów dwóch ubiegających się o władzę partii krokodyl wybrał tego z portretem przywódczyni Partii Pracy, premier Julii Gillard, uznano to za istotny znak.
Z sondaży na finiszu najbardziej wyrównanej i zaciętej kampanii od półwiecza trudno było bowiem cokolwiek wywnioskować. Rządzący laburzyści i opozycyjna koalicja dowodzona przez Tony’ego Abbotta mieli mniej więcej takie samo poparcie. Brak zdecydowania wyborców oznacza jedno: Australii po raz pierwszy od 70 lat grozi tzw. zawieszony parlament, w którym żadne z ugrupowań może nie mieć większości wystarczającej do samodzielnego rządzenia. Podobnie jak przed majowymi wyborami w Wielkiej Brytanii, taka wizja wywołuje obawy rynków, bo kraj nie ma tradycji rządów koalicyjnych i politykom może być trudno o kompromis w sprawie niezbędnych reform. Jak zauważa wielu komentatorów, kampania była równie zacięta, co zaskakująco pozbawiona treści, szczególnie jak na tak ciężkie gospodarczo czasy. „Obie strony za wszelką cenę unikały zajmowania stanowisk w ważnych kwestiach w obawie, że mogłoby to wystraszyć wyborców” – napisał z przekąsem brytyjski „Guardian”. Zamiast o reformach gospodarczych czy polityce zagranicznej dyskutowano o regułach kolejnej debaty.
Gillard i Abbott to dwie różne osobowości, które łączy jedynie brak doświadczenia w kierowaniu krajem. Świeżo upieczona pani premier jest przez media nazywana La Gillardine ze względu na godną gilotyny skuteczność, której dowiodła w czerwcu, „wypychając” ze stanowiska szefa rządu niepopularnego Kevina Rudda. 48-letnia bezdzietna panna, która zanim trafiła do polityki, była prawniczką, jest zdeklarowaną ateistką. Jej rywal z kolei uczył się w katolickim seminarium duchownym. I choć ostatecznie zdecydował się założyć rodzinę i zostać dziennikarzem, a potem politykiem, nadal otwarcie podkreśla swą religijność. A że słynie z żywiołowości i nieokiełznanego języka, przez media nazywany jest szalonym mnichem.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA