fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Wołek: Cienka stalowa linia

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Państwo demokratyczne nie może być bezradne w obliczu zachowań anarchizujących sferę publiczną. A sprawa krzyża na Krakowskim Przedmieściu już dostatecznie długo zatruwała społeczny klimat – pisze publicysta
Podczas niedawnej audycji radiowej Jacek Żakowski zapytał mnie, dlaczego jestem tak kategorycznie przeciwny postawieniu pomnika Lecha Kaczyńskiego przed Pałacem Prezydenckim, podczas gdy ani trochę nie wadzą mi, na przykład pomniki Romana Dmowskiego czy Józefa Piłsudskiego. Odpowiedziałem mu – a teraz rozwijam tę argumentację – że powodów jest kilka. Po pierwsze, postument tak usytuowany zaburzyłby drastycznie zabytkowy ład architektoniczny Krakowskiego Przedmieścia, naruszając starannie wyważoną, wręcz modelowo harmonijną estetykę tego wyjątkowego zakątka stolicy.[wyimek]Są chwile, kiedy machina państwowa musi okazywać spokojną stanowczość[/wyimek]
Są wszelako przyczyny daleko ważniejsze. Już nawet mniejsza o rażącą dysproporcję formatu politycznego i historycznego, jaki dzieli zmarłego pod Smoleńskiem prezydenta od obu tych wybitnych mężów stanu. Niezależnie bowiem od tego, jak silnie obciążone jest dziejowe saldo Dmowskiego (antysemityzm) czy Piłsudskiego (Brześć, Bereza Kartuska), to po wsze czasy pozostaną oni przede wszystkim głównymi akuszerami odzyskanej po 123 latach niepodległości, ku której zmierzali dwiema tak wprawdzie różnymi, lecz w finalnym bilansie dopełniającymi się drogami.
[srodtytul]Gniewne, wrogie emocje[/srodtytul]
Idea pomnika zaczęła być forsowana, gdy stało się jasne, że harcerski krzyż zostanie przeniesiony do jednego z pobliskich kościołów. Kiedy cynicznie, zgoła bluźnierczo użyte przez Zbigniewa Ziobrę cytaty z Jana Pawła II („Brońcie krzyża!”) oraz groźby miotane przez Jarosława Kaczyńskiego nie okazały się skutecznym narzędziem szantażu.
Rzecz w tym, iż rzeźba owa – w tym akurat punkcie postawiona – nie byłaby wcale pomnikiem prawdziwego Lecha Kaczyńskiego, stanowiąc za to instalację znanego nam już mitu. Miałoby to być sakralne na poły miejsce kultu; hołdu oddawanemu bohaterowi, który „poległ” śmiercią męczeńską, za sprawą niejasnych (chociaż dla wielu aż nadto oczywistych; wiadomo, spisek Tuska z Putinem) knowań.
Pomnik tak usytuowany byłby dla obecnego prezydenta swoistym wyrzutem sumienia, niczym jakiś współczesny posąg Komandora napominający uzurpatora Komorowskiego, że jedynym prawowitym, nieledwie dynastycznym sukcesorem Lecha, a zatem i lokatorem pałacu, mógł – i powinien być – tylko i wyłącznie jego brat Jarosław. Byłby zatem ów pomnik również idealnym miejscem do urządzania cyklicznych, „antykomorowskich” demonstracji. Wiecznie zapalnym, jątrzącym punktem, wokół którego skupiałyby się, eksplodując raz po raz – gniewne, wrogie emocje, o wymowie de facto antypaństwowej.
[srodtytul]Swoboda i anarchia[/srodtytul]
Całe to zamieszanie jednym ruchem przeciął Bronisław Komorowski, oświadczając, że pałac wraz z otoczeniem jest, jeśli już, to „sanktuarium państwowym”, toteż krzyż zostanie możliwie szybko przeniesiony w inne, godne miejsce; wiemy już, iż będzie to akademicki kościół św. Anny. Decyzję tę, tak jednoznaczną zwłaszcza wobec uporczywego milczenia kościelnej hierarchii, niektórzy uznali za zbyt pochopną (prezydent elekt powinien poczekać do zaprzysiężenia). Wywołała ona kontrowersje, a nawet ostre protesty. Pojawiły się pytania o granice interwencji państwa, szczególnie w sferze tak delikatnej, oraz wątpliwości, czy nie narusza to aby zasady powściągliwości, a może i samych reguł demokracji.
Główne ich ramy wyznacza konstytucja. Regulacje, jakie zawiera, pozwalają w miarę sprawnie funkcjonować zarówno państwu, jak i społeczeństwu, wspólnocie wolnych obywateli. Nie jest wszakże konstytucja tworem idealnym; toteż co jakiś czas do akcji wkraczać musi Trybunał Konstytucyjny, by rozstrzygać rozmaite wątpliwości interpretacyjne, precyzować znaczenie poszczególnych zapisów.
Państwo demokratyczne w istocie przypomina bowiem cienką strunę albo też bardzo rozciągliwą linę. Jednak przy całej swej elastyczności lina ta musi być stalowa, by nie uległa zerwaniu. By interesy państwa nie były wystawione na szwank, instytucje państwowe, zachowując ciągłość, funkcjonować mogły zaś sprawnie i skutecznie.
Sytuacje, kiedy machina państwowa wkracza zdecydowanie, określa prawo. To przestrzeganie prawa właśnie, zapewnienie bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, ściąganie podatków, nie mówiąc o reakcjach w stanie zagrożenia (wojna, terroryzm, klęski żywiołowe etc.). Tych funkcji jest oczywiście więcej. Jednakże nie wyczerpują one mnogości przejawów życia zbiorowości, gdyż nawet największa wyobraźnia prawodawców nie jest w stanie go objąć.
Pewne obszary społecznej aktywności wymykają się zresztą prostym uregulowaniom i decyzjom jednoznacznym. Należą do nich rozległe sfery obyczaju, tradycji, stylu bycia, prywatności. Granice, kiedy najdalej nawet posunięte swobody przemieniają się w zagrażającą ładowi publicznemu anarchię – bywają często nieostre i trudne do uchwycenia.
[srodtytul]Akcja wywrotowa[/srodtytul]
Weźmy przykład jeden z wielu. Do podstawowych swobód demokratycznych zalicza się prawo do demonstracji. Jak różny potrafi być wszelako ich przebieg i charakter; jak różne też wywoływać mogą następstwa – ukazuje historia dwu takich manifestacji. Obie – jako dziennikarz – bezpośrednio obserwowałem.
Pierwsza odbyła się w 1993 r., a głównym organizatorem było Porozumienie Centrum. Wymierzona przeciw Lechowi Wałęsie, przebiegała w atmosferze niezwykle burzliwej. Wobec prezydenta miotano obelżywe, zaprawione nienawiścią hasła: „»Bolek« do Moskwy”, „Sowiecki agent”, „Targowica”, „Komunistyczny sworzeń” itd. Przed Belwederem spalono kukłę Wałęsy, ciskano kamieniami. Gdy po latach pytano prowodyra owych zachowań i lidera PC Jarosława Kaczyńskiego, dlaczego nie próbował powściągnąć narastającej agresji, odparł: „Miałem się rzucić na kukłę i parząc się, gasić ogień? Zresztą nie uznałem, żeby zdarzyło się coś niedobrego”.
Druga demonstracja, zorganizowana przez Platformę Obywatelską latem 2007 r. przeszła częścią Traktu Królewskiego (tegoż dnia równolegle odbyły się manifestacje PiS i LPR). Miała przebieg spokojny, nawet pogodny. Jedynie mijając Pałac Prezydencki, tłum skandował: „Spieprzaj dziadu, razem z bratem!”. Było to oczywiste nawiązanie do soczystego określenia, jakim kiedyś sam prezydent Kaczyński potraktował namolnego bezdomnego. Oczywiście, ktoś mógł się poczuć tą kpiną z głowy państwa zdegustowany, nawet dotknięty. Jednak w owym gremialnym okrzyku nie czuło się agresji, tym bardziej nienawiści, najwyżej lekką ironię.
Obie demonstracje były legalne. Przy tej drugiej policja czy służby nie miały nic do roboty. Jednak ta pierwsza miała charakter jawnie antypaństwowy. Lżono bohatera walki o niepodległość, pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta wolnej Polski, brutalnie kwestionowano jego prawowity mandat. A przecież dopiero budowaliśmy wówczas kruchą jeszcze państwowość, członkostwo w NATO i UE było melodią przyszłości.
Tak drastyczne podważanie autorytetu głowy państwa miało w tych okolicznościach cechy groźnej akcji wywrotowej. Nic dziwnego, że wzięto jej organizatorów pod lupę. Podzielam pogląd, dla wielu nie do przyjęcia, iż bezpieczeństwo państwa wymagało, aby ludzi tego pokroju bacznie obserwować. Tak postępują stosowne służby w każdym demokratycznym kraju.
[srodtytul]Fanatyczna, oczadziała grupka[/srodtytul]
Owszem, państwo demokratyczne winno stać na straży swobód obywatelskich, lecz nie może być bezradne w obliczu zachowań, anarchizujących sferę publiczną. Nie może podlegać szantażowi, ustępować przed próbami wymuszeń. Są chwile, kiedy ta machina musi okazywać spokojną stanowczość.
Sprawa krzyża bądź innej instalacji na Krakowskim Przedmieściu już dostatecznie długo zatruwała społeczny klimat. Stała się przy tym właśnie elementem szantażu cynicznych polityków, bez skrupułów wykorzystujących fanatyczną, oczadziałą grupkę „obrońców krzyża”. I dlatego dobrze, iż najwyższy przedstawiciel państwa Bronisław Komorowski, nie ulegając żadnym naciskom, jedną jasną zapowiedzią przeciął niekończące się spekulacje.
A przecież mógł grać na zwłokę, stosując uniki, zasłaniając się względami formalnymi, przeciągając rzecz przynajmniej do momentu zaprzysiężenia. Wszyscy niecierpliwie czekali na głos Kościoła, tymczasem publicznie pierwsza przemówiła władza państwowa. I właśnie państwo w tej delikatnej, drażliwej sprawie stanęło na wysokości zadania. Elastyczna, stalowa lina napięła się, ale wytrzymała napięcie. Godna stanowczość Komorowskiego zdaje się dobrze wróżyć nowej prezydenturze.
[i]Autor jest publicystą, był redaktorem naczelnym „Życia Warszawy” i „Życia”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA