fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Telewizja

Karmiłem wszy, byłem w domu wariatów

Leszek Teleszyński
Fotorzepa, dp Dominik Pisarek
Z Leszkiem Teleszyńskim rozmawia Jacek Cieślak
[b]Rz: Debiutował pan w „Trzeciej części nocy” Andrzeja Żuławskiego. Nikt wcześniej nie pokazał wojny w tak apokaliptycznym, przygnębiającym ujęciu. Czy na filmowym planie naprawdę karmił pan wszy?[/b]
[b]Zbliżenie[/b] - [link=http://www.rp.pl/temat/355194_Zblizenie.html]Czytaj więcej[/link]
[b]Leszek Teleszyński:[/b] Żuławski wszystko robił naturalistycznie. Chciał, żebym wiedział, jak to wygląda, dlatego wysłał mnie do instytutu w Gdyni, który zajmował się starym sposobem wytwarzania szczepionek przeciwko tyfusowi. Pojechałem, dostałem kilka tysięcy wszy na nogę. Siedziałem. Karmiłem. Pan doktor powiedział: – Te wszystkie wszy są zdrowe. Ale co się stanie, gdy jedna będzie chora? Lepiej pana zaszczepię! Wolałbym zachorować. Podanie szczepionki w postaci oleistego płynu da się chyba tylko porównać do uderzenia żelaznym prętem.
[b]Pan ryzykował zdrowie, a film oprócz zachwytów wywołał głosy oburzenia.[/b]
Pamiętam, że kilku reżyserów próbowało go spacyfikować. Argumentowali, że mój bohater nie jest prawdziwym Polakiem, bo prawdziwy Polak w czasie wojny walczył. Każdy. Z pistoletem w dłoni. A ja grałem nieudacznika, który nawet nie umiał strzelać. Mówiono, że film fałszował historię. Tymczasem zrobił dużą karierę, wielu ludzi go obejrzało. Wielokrotnie był powtarzany.
[b]Pana też atakowano?[/b]
Byłem za młody. Moja przygoda polegała na tym, że koledzy z PWST statystowali, a mnie Żuławski zaprosił na próbne zdjęcia do głównej roli. Wcale nie poszło łatwo. Najpierw było nas 25, potem dziesięciu, na końcu dwóch: ja i Michał Grudziński. Obydwaj zagraliśmy.
[b]Pan główną rolę.[/b]
Kilka nocy nie spałem. Pamiętam wielkie nerwy. Zdjęcia próbne były trudne, ale zdałem się na reżysera i wykonywałem to, co chciał. Nie będę ukrywał, że kilka rzeczy pozostało dla mnie niezrozumiałych – wizje śmierci i rozdwojenie postaci. Ale uważam, że kiedy aktor wie zbyt wiele, gra za dużo, zaczyna się miotać.
[b]Ważne były wojenne doświadczenia pana rodziny?[/b]
Nie brałem nic takiego pod uwagę. W domu się o tym nie mówiło. Rodzice uważali, że lepiej będzie, jeśli nie poznam tych wszystkich strasznych opowieści. Byłem wychowywany w cieplarnianych warunkach. Myślę, że to dobrze. Przecież historii i tak nie można było zmienić.
[b]Czy po „Trzeciej części nocy” było wiadomo, że wystąpi pan w „Diable”?[/b]
A skąd! Żuławski powiedział, że na pewno nie będę grać w tym filmie. Nie lubił pracować z jednym aktorem dwa razy. Ale gdy robił zdjęcia próbne, poprosił o pomoc, żebym partnerował wybranym przez niego aktorom. Pojechałem do Wrocławia i pomagałem. Na końcu powiedziałem: – Co ci szkodzi? Zrób i ze mną próbny materiał. Zagrałem najtrudniejszą scenę epilepsji i wyjechałem do Warszawy. Po pewnym czasie dzwoni do mnie Małgorzata Braunek, ówczesna żona Andrzeja: – Przyjedź po nas na lotnisko. Przyjechałem. Idzie Żuławski, wyraźnie zły na coś, i Małgosia – rozpromieniona. Rzuca mi się na szyję i krzyczy: – Będziesz grał w tym filmie!
[b]Przekonała Żuławskiego?[/b]
Nikt nigdy nie mógłby go przekonać, gdyby sam siebie nie przekonał.
[b]„Diabeł” był jeszcze mocniejszy od debiutu. To historia rozbiorów podlana satanistycznym sosem – gorzka, antymesjanistyczna.[/b]
Już w trakcie kręcenia filmu w urzędzie cenzury zastanawiano się, czy robimy film o zaborze rosyjskim, co byłoby nie do przyjęcia. Żuławski zaakcentował, że chodzi o zabór pruski. Na planie było ciężko. Kręciliśmy zimą, na mrozie. I musieliśmy powtarzać ujęcia, bo, co prawda, kupiono taśmę Eastmancolor – za dolary, ale odrzuty. Po trzech dniach oczekiwania na wywoływanie filmu okazało się, że Małgosi Braunek skakały na czole cyferki. Trzeba było zaczynać od nowa. Wiedziałem jednak, że robimy świetną rzecz, miałem parę i dawałem radę. Zdarzały się momenty zabawne. Mieliśmy się całować z Małgorzatą. Ale naprawdę. W filmie jest to ciężka robota. Nie ma nic wspólnego z erotyką. Operator krzyczy: – Twarz trochę w lewo! Ramię opuść, bo zasłaniasz! Małgorzata się nie przejmowała. Jadła cukierka i przy każdej próbie wpychała mi go do ust. W końcu zaczęliśmy się śmiać. Nie mogliśmy się opanować. Żuławski się wściekł. Powiedział: – Idę do hotelu. Jak się państwo uspokoicie, to proszę po mnie zadzwonić.
[b]Film był niezwykle rozedrgany emocjonalnie, odważny obyczajowo. Małgorzata Braunek mówiła, że z trudem znosiła taki klimat.[/b]
Byłem świadkiem, jak w trakcie zdjęć dostała ataku nerwowego. Żuławski chciał z niej wyciągnąć coraz większe emocje i ciągle mu było za mało.
[b]A pan?[/b]
Wykonywałem to, co chciał reżyser. Pojechałem nawet do szpitala psychiatrycznego w Tworkach, dałem się zamknąć ze schizofrenikami w sali bez klamek. Ale to było tylko kilka godzin. Na planie nie grałem emocjami, tylko używałem techniki. Tak jak na profesjonalistę przystało. Gdybym wszystko przeżywał naprawdę, nie rozmawiałbym dziś z panem, tylko siedział w Tworkach.
[b]Kiedy się pan dowiedział, że film został zatrzymany przez cenzurę?[/b]
Po kolaudacji. Jeden z decydentów orzekł, że polski widz nie jest przygotowany do oglądania takich eksperymentów. Wypowiedział się za polskiego widza! A inny dodał: – Panowie, ja chcę jeszcze być ministrem. Po czym film zaginął. Po latach Maciej Kijowski, operator „Diabła”, miał napisać pracę magisterską o doświadczeniach na planie. Złożył podanie do Naczelnego Zarządu Kinematografii o udostępnienie kopii. Odpowiedź brzmiała: „Filmu nie można obejrzeć, ponieważ nie wyraża na to zgody operator”.
[b]Paragraf 22. Co pan czuł po decyzji cenzury?[/b]
Oczywiście było mi przykro. Najwspanialszą rzeczą dla aktora jest premiera w kinie. Wychodzi się przed widownię. Mówi. Patrzą. Czasami biją brawa. Tymczasem premiery nie było. Znałem jednak realia. Nic ode mnie nie zależało. Nikt mi nie obiecywał, że będę całe życie gwiazdą i grał w każdym filmie. W związku z tym zachowuję spokój. Niektórzy koledzy, jak nie dzwoni telefon, obgryzają paznokcie, myślą, że nikt ich nie kocha. Zabiegają o rolę. Jestem aktorem starej daty. Nie mam agenta. Koń jaki jest – każdy widzi. Poza tym nie przedkładam grania nad życie. Życie jest najważniejsze.
[b]Czy w sprawie obsady roli księcia Bogusława w „Potopie” odbyła się taka burzliwa debata jak nad Oleńką i Kmicicem?[/b]
Nikogo to nie obchodziło i uważam, że nie trzeba debatować nad wszystkim. Przecież to jest tylko film, a nie wydarzenie, które zmieni bieg historii.
[b]Ale Polacy lubią dzielić włos na czworo.[/b]
Bogusława miał grać Ignacy Gogolewski.
[b]Podobno miał problemy z jazdą konną.[/b]
Ja nie miałem, chociaż konie mnie nie lubią, bo jestem ciężki i za duży.
[b]Na szczęście nie miały nic do gadania.[/b]
I kiedy Jerzy Hoffman złożył mi propozycję, odpowiedziałem: – Oczywiście. A jak! Zagrałem cynicznego arystokratę, który się bawi życiem. Teoretycznie Bogusław był straszny...
[b]…ale pan pokazał atrakcyjnego mężczyznę, z którym warto zgrzeszyć.[/b]
To był zdrajca narodu, ale drań sympatyczny.
[b]Dobrze się panu grało w peruce?[/b]
Koszmarnie. Jeździłem na koniu, który chodził, jak chciał. W oko wchodziła mi spinka, a brzuch uwierał rapier.
[b]Rywalizował pan na planie z Danielem Olbrychskim?[/b]
To nie służy filmowi. Rywalizowały tylko nasze konie, przeszkadzając w nakręceniu pojedynku. Zdjęcia zaplanowano na starym rozlewisku Dniepru, żeby kopyta malowniczo rozbryzgiwały wodę! Polecieliśmy na cztery dni, a zostaliśmy na miesiąc. W filmie czekało się wtedy na słońce lub na deszcz. W końcu nakręciliśmy scenę na lotnisku aeroklubu pod Łodzią.
[b]Spodziewał się pan tak entuzjastycznego odbioru „Potopu”?[/b]
Niczego się nie spodziewałem, a po premierze odebrałem telefon. Dzwonił ktoś z kierownictwa kinematografii i powiedział, że przez dwa tygodnie będę jeździł z „Potopem” po kinach i zakładach pracy. Odpowiedziałem, że to niemożliwe, bo gram w teatrze i nikt mnie nie zwolni. Za kilka minut dzwoni telefon, ten sam jegomość mówi, że w teatrze dano mi wolne. Skontaktowałem się z dyrektorem. Potwierdził. Zmienił repertuar. Nie było wyjścia. Kupiłem w Domach Centrum garnitur. I jeździliśmy. Gdynia – ukłony. Stocznia Gdańska – ukłony. Nazwaliśmy się cyrkiem Hoffmana. Potem był Poznań i wiele innych miast. Robotnicy pytali, co zrobiliśmy z ich pieniędzmi. Wtedy głos zabrał producent Wilhelm Hollender i oznajmił, że film zwrócił się po dwóch tygodniach.
[b]Tak został pan aktorem o błękitnej krwi. Grał książąt i hrabiów.[/b]
A chciałem Jaśka w filmowym „Weselu” Wajdy. Podobał mi się dynamizm finału. Ale Wajda powiedział, że nikt nie uwierzy, że jestem chłopem.
[b]Miał pan wątpliwości, czy wystąpić w „Trędowatej”?[/b]
W ogóle. Była wtedy następująca anegdota o zagranicznym turyście: jeśli przyjedzie i zobaczy kolejki przed sklepami, trzeba mówić, że rzucili „Ulissesa”, bo to robi dobre wrażenie. Tyle anegdota, a prawda jest taka, że Joyce’a mało kto może przeczytać. Tymczasem „Trędowatą” i owszem, choć mało kto się do tego przyznaje, bo to „literatura dla kucharek”. Wcale tak nie uważałem. Cieszyłem się, że nie gram w filmie o robotniku albo o fabryce. Chociaż na planie było ciężko jak przy taśmie. Panował straszny upał, wokół Łańcuta chodziły wycieczki, nam zamykano okna i musieliśmy kręcić, mieć nieskazitelnie czyste kołnierzyki. Co chwila była przerwa na poprawienie charakteryzacji. Mieszkaliśmy w Rzeszowie, w hotelu przy ruchliwym rondzie, bez klimatyzacji. Można było ogłuchnąć albo się udusić. Na plan przyjeżdżała nysa z termosem. Mam zdjęcie, jak siedzę na masce samochodu, w kostiumie, i jem fasolkę po bretońsku.
[b]Czy „Trędowata” dała panu największą popularność?[/b]
Mam szczęście, że nie jestem niewolnikiem jednej roli. A najdziwniejsza przygoda spotkała mnie w domu. Zdarzyło się, że pokazywano w telewizji „Trędowatą”. Moja żona, choć widziała film wcześniej, tym razem zapatrzyła się w ekran. Nie lubię siebie oglądać w filmach. Zawsze bym coś poprawił. Zacząłem wściekły chodzić po pokoju. A żona na to: – Przestań łazić, bo mi ordynata zasłaniasz!
[b]Zakochała się w panu drugi raz! A jak się panu grało redaktora Maja, który był peerelowską odpowiedzią na Jamesa Bonda?[/b]
Film miał udowodnić, że Polak też potrafi. To była bajka.
[b]Ludzi irytował luksus życia pana bohatera, który nijak się miał do realiów końca gierkowskiej dekady.[/b]
Dziennikarze się oburzali, że mogą jeździć na reportaż najwyżej do Swarzędza, a ja baluję po całym świecie. Zrobiła się straszna afera. Tymczasem byliśmy w Jałcie, Sochaczewie, Jeleniej Górze, która udawała Szwajcarię i Austrię. Rzeczywiście, pojechaliśmy do Rzymu, ale tylko ja i operator. Mieszkaliśmy na ostatnim piętrze taniego hoteliku. Kiedy kręciliśmy w Wiedniu, mieliśmy kwaterę na węgierskiej granicy. Wyjeżdżając do stolicy Austrii, zabieraliśmy kanapki i wracaliśmy dopiero na noc. I tak przez tydzień. W końcu, na przejściu granicznym, zainteresowali się nami celnicy. Podejrzewali przemyt i wygrzebali z bagażnika tablicę ambasady innego kraju, którą przywieszaliśmy na polskiej, bo tylko tak mogliśmy nakręcić zagraniczną placówkę. W Szwajcarii nie wynajęliśmy nawet taksówki. Oznakowania miejscowej korporacji przewieźliśmy z Łodzi. Kiedy jechałem fałszywą taryfą, podjechał do mnie autentyczny taksówkarz. Zobaczył, że coś jest nie tak, i chwycił za radiotelefon. Chciał powiadomić centralę albo wezwać policję. Nie miałem wyjścia – wiałem.
[b]Dał się pan zwariować w „Domu wariatów” Koterskiego?[/b]
Musiałem się nauczyć jego specyficznej frazy. Film robiliśmy tanim kosztem. Kupili mi dwie marynarki, bo upuszczałem na klapę sardynkę i ubrania potrzebne były do dubli. Ale na piżamę i szlafrok już nie starczyło. Na szczęście grałem wtedy w „Obłędzie” Krzysztonia w Teatrze Polskim i miałem potrzebne kostiumy. Skończył się spektakl, idę na portiernię, a pani portier mówi, że czeka na mnie dziewczyna z kwiatami, wielbicielka, zanim jednak z nią porozmawiam, musi mi powiedzieć, że dzwonili z „Domu wariatów”, żebym nie zapomniał piżamy i szlafroka. Wielbicielka z kwiatami uciekła.
[b]Wajda nie chciał pana jako Jaśka w „Weselu”, ale zaprosił do „Panny Nikt”. Ten film mu nie wyszedł.[/b]
Tak mówią, ale liczy się to, że zagrałem u Wajdy i dzięki temu wziąłem udział w projekcie „Aktorzy przyjechali”, który zainaugurował budowę Teatru Szekspirowskiego w Gdańsku.
[b]Widzowie oglądają pana w licznych serialach telewizyjnych, a nie wszyscy wiedzą, że jest pan księciem audiobooków.[/b]
Zacząłem nagrywać dla Związku Niewidomych. Wynagrodzenie się nie liczyło, najważniejszy był pozytywny odbiór. Doszło do tego, że nie wypożyczano konkretnych tytułów, tylko Teleszyńskiego. To miłe. Nagrywam cały czas. Przyjąłem zasadę, że czytam tak, jakbym siedział przy łóżku chorego. Jak trzeba zaszeleścić kartką albo odchrząknąć, nie robię z tego problemu.
[b]Jakie ma pan marzenia zawodowe?[/b]
Chcę grać. Nie potrafiłbym siedzieć w domu bezczynnie.
[ramka][srodtytul]Leszek Teleszyński[/srodtytul]
Urodził się w 1947 roku. Ma na koncie role w najróżniejszym repertuarze. Telewidzowie znają go z seriali „Majka”, „39 i pół”, „Na dobre i na złe”, „Tygrysy Europy”, „W labiryncie”. Pod koniec lat 70. wcielił się w postać redaktora Maja w „Życiu na gorąco”, peerelowskiej odpowiedzi na przygody Jamesa Bonda.
Ma też w dorobku wielkie role filmowe. Zadebiutował w „Trzeciej części nocy” Andrzeja Żuławskiego, potem zagrał w jego „Diable”, który na dwie dekady trafił na półki. Trzykrotnie wystąpił na planie z Małgorzatą Braunek – w filmach Żuławskiego, a także w „Potopie” Hoffmana. U tego ostatniego – również w „Trędowatej”.
Pochodzi z Krakowa, tam ukończył PWST. Debiutował w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie, potem był aktorem Teatru Narodowego. Obecnie jest związany z Teatrem Polskim. Mistrz audiobooków. [/ramka]
[i]Złotopolscy
16.05 | tvp polonia
16.05 | piątek, poniedziałek[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA