fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

MŚ 2010 - RPA

Mundial na brzegach Renu

Klęska Brazylii. Kaka (w środku) i Robinho po meczu z Holandią. W głębi Dani Alves
EPA
To, co najlepsze na mistrzostwach, urodziło się z niemiecko-holenderskiej współpracy
Diego Maradona jednak nie pobiegnie nago wokół El Obelisco w centrum Buenos. Dunga nie podniesie Pucharu Świata jak 16 lat temu, z miną która mówi: “udławcie się”.
Jest w półfinale tylko jedna drużyna z Ameryki Południowej, ta, która najdłużej walczyła o awans, ale na turniej przyjechała najlepiej uzbrojona. W Urugwaju wszyscy się bronią i atakują, a “garra charrua”, duch walki małego narodu wciśniętego między Brazylię i Argentynę, już nie oznacza tylko, że czerwone kartki gonią żółte, a kości trzeszczą. U Argentyńczyków w chwili próby było, jak mówi latynoskie przysłowie, więcej wodzów niż Indian.
Po oglądaniu Brazylii ukute przez Franciszka Smudę powiedzenie “siła razy gwałt” nabrało międzynarodowego wymiaru. Urugwaj został sam przeciw Europie odmienionej nie do poznania. Przeciw żelbetonowej Holandii, upartej Hiszpanii i poetom kontrataku z Niemiec.
[srodtytul]Straszne dzieciaki[/srodtytul]
W niemieckiej republice szybkich podań dla czołgów nie ma miejsca od dawna. Zaczął ją demilitaryzować Juergen Klinsmann, skończył Joachim Loew. Została sama lekka jazda i młodość, tylko Ghana wystawiła na mundial mniej doświadczoną drużynę.
“Straszne dzieciaki” – nazwała ich “Sueddeutsche Zeitung”. Niemcy stracili nieco na wadze
i wzroście, zyskali pod każdym innym względem. Tak się spłaca obsesja Loewa, który od pierwszego treningu, jeszcze jako asystent Klinsmanna, mierzył, ile czasu marnują piłkarze między przyjęciem a podaniem. Zapisywał, wyznaczał ćwiczenia, mierzył postępy.
“Akribisch” – drobiazgowo, to jego ulubione słowo. Drobiazgowo analizował słabości Argentyny, drobiazgowo przygotowywał treningi, specjalnie je układał dla Lukasa Podolskiego i Miroslava Klosego, żeby w nich obudzić dawną siłę. Wytrzymał ciosy, które na niego spadały, gdy powołał Klosego, a najwięcej sporów dotyczyło właśnie napastnika Bayernu, który w lidze grał rzadko, rozczarowywał w sparingach.
Loew podwoił mu treningi, podnosił na duchu, żeby nie czuł się obco w drużynie, w której reszta piłkarzy gra na co dzień w klubach.
Klose już strzelił w RPA więcej goli niż przez cały sezon w Bundeslidze. Gdyby w pierwszej połowie meczu z Argentyną nie zmarnował świetnego podania Thomasa Muellera, już byłby na równi z Ronaldo wśród najlepszych strzelców MŚ. Loew niechętnie się rozstaje z piłkarzami, których raz powołał. To nauczyciel wierzący w moc powtarzania, w ciągły ruch na boisku, w grupowe kontrataki. One od czasu triumfów Porto pod wodzą Jose Mourinho wydają się oczywistą przyszłością futbolu, ale żeby udawały się, jak w meczu z Argentyną, od niechcenia, wymagają pracoholizmu od trenera i piłkarzy. – Powiedziałbym, że jest w mojej drużynie latynoski powiew – tłumaczył nieśmiało Loew po pierwszych zwycięstwach na mundialu. Dziś nikt już się nie uśmiechnie na te słowa. Długo na to w RPA czekaliśmy, ale wreszcie wielki futbol wisi w powietrzu.
Niemcy są autorską drużyną Loewa, tak jak Bayern – Louisa van Gaala. W niemal wszystkim poza rolą Klosego obaj trenerzy się zgadzają, kadra gra jak klub, niemieckie gazety od kilku tygodni nazywają swojego trenera Luis van Loew albo Jogi van Gaal. Nie ma zespołu, który dałby półfinałom mundialu więcej piłkarzy niż Bayern (Barcelona ma ośmiu, o trzech mniej). Reprezentacja Niemiec nim stoi, w Monachium grają też Mark van Bommel i Arjen Robben.
Mundial mówi po niemiecku. W meczu Holandii z Brazylią spotkało się 12 piłkarzy, którzy grają lub grali w Bundeslidze. Na ławkach trenerskich siedzieli Bert van Marwijk z niedawną przeszłością w Bundeslidze i “o alemao” Dunga, z niemieckimi przodkami, dwoma sezonami w VfB Stuttgart i nawet imieniem z baśni braci Grimm. Dunga (“ten z odstającymi uszami”) to w portugalskiej wersji Gapcio z “Królewny Śnieżki”. Poszukiwacze talentów z Bayeru Leverkusen znaleźli kiedyś w Brazylii parę piłkarzy, którzy grają do dziś w obronie reprezentacji, Lucio i Juana.
Niemieckie kluby w ostatnich latach na wyścigi sprowadzały z Holandii piłkarzy i trenerów. I potem Khalid Boulahrouz z HSV mówi na mundialu: “Szkoda mi naszych kibiców, ale bezpieczeństwo przede wszystkim”. A Niemcy fruwają.
[srodtytul]Maradona wygania[/srodtytul]
W niemieckiej kadrze nie ma nikogo spoza Bundesligi, to jedyna taka drużyna w półfinale. I jest w tym metoda. Nie trzeba wielkich klubów przy nazwiskach piłkarzy, wystarczy pomysł na całość. Arne Friedrich spadł z ligi z Herthą – już przeszedł do Wolfsburga – a zapewnił Gonzalo Higuainowi koszmarne popołudnie. Sami Khedira przebiega średnio w meczu najwięcej kilometrów ze wszystkich piłkarzy. Bastian Schweinsteiger i Philipp Lahm będą walczyć o nagrodę dla najlepszego piłkarza turnieju, zagrozić im mogą tylko Wesley Sneijder (gdy on strzela gole, Holandia nigdy nie przegrywa) z Arjenem Robbenem, David Villa i Diego Forlan.
Gdy Thomas Mueller debiutował w marcu w meczu towarzyskim z Argentyną, Maradona wygonił go zza stołu konferencyjnego, bo myślał, że ktoś się tam zaplątał przez przypadek. Dziś znają się dużo lepiej. To van Gaal go odkrył dla Bayernu i reprezentacji, podobnie jak Holgera Badstubera, Holender wymyślił też nową pozycję na boisku dla Schweinsteigera. Jeśli ten ostatni jest punktem orientacyjnym drużyny, to Mesut Oezil jest jej GPS-em, a bez niego, jak wiadomo, nie da się w RPA zrobić nic. Oezil zawsze znajdzie najłatwiejszą drogę dla siebie i innych. Bardzo kogoś takiego brakowało Argentynie i Brazylii.
[srodtytul]Smutny autobus[/srodtytul]
Wczoraj mijali nas na autostradzie między Pretorią a Johannesburgiem. W policyjnej eskorcie, smutnym autobusem w argentyńskich barwach. Szkoda Leo Messiego, który odleciał z RPA bez gola (szwajcarski “Blick” nazwał go “Lio-null”), po przepłakanej nocy, ale nawet on nie był w meczu z Niemcami sobą.
Angel di Maria, zapowiadany jako objawienie mundialu, jakby w ogóle nie wyszedł na boisko, tak samo było w pierwszym meczu turnieju. O tych, którzy grali bliżej własnej bramki, nawet szkoda mówić.
Wracają do domu piłkarze, którzy mieli indywidualnie największe możliwości, ale żadnych wspólnych schematów. Ich wódz przy linii bocznej przyćmiewał wszystkich, ale tylu podwładnych namaścił na liderów na boisku, że się potem oglądali na siebie, szukając kogoś, kto zaprowadzi porządek. Hiszpania w trudnych chwilach wspiera się na Barcelonie, Niemcy na Bayernie, Urugwaj prowadzą Diego Lugano i Forlan, w Holandii wszystkich młodych piłkarzy uczy się podobnego stylu. Dziś Niemcy czytają o sobie, że są z innej planety, ale każdy półfinalista jest. Z planety współpraca.
[i]-Paweł Wilkowicz z Johannesburga[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA